Armenia 2003
Erewań
Podobne baraki jak po stronie gruzińskiej powitały nas na ziemi
ormiańskiej. Jedynie urzędnicy byli nieco inni. Po pierwsze
bardzo zasmucił ich fakt posiadania przez nas wiz, które
dostaliśmy jeszcze w Warszawie za 50 USD. Strracili możliwość
zarobienia. Pozostałych pasażerów odprawiono beż oglądania
paszportów, ale z nami było więcej ceregieli.Załatwiało nas
dwóch mundurowych. Starszy za bystry nie był, a spoczął na
nim obowiązek wstukania naszych danych do komputera. Nie znał
chyba za bardzo łacińskich liter i całe szczęście, że
pomagał mu nasz kierowca. Trochę to trwało i gdy myśleliśmy,
że wszystko załatwione przyszedł młodszy. Znaczącym głosem
oznajmił, że teraz on będzie stemplował paszporty. Bardzo
się ucieszyliśmy, ale oczekiwanej przez niego reakcji z naszej
strony nie było. Wyszedł do sąsiedniego baraku i po chwili
podszedł do nas kierowca i oznajmił, że bez 10 USD to stempli
nie będzie i będą dzwonić do stolicy czy w ogóle nas
wpuścić. Na szczęście nigdzie nam się nie spieszyło i
wzięliśmy ich na przeczekanie. Minęło 15 minut i zrezygnowany
pogranicznik wbił pieczątki. To była jedyna próba wymuszenia
na nas pieniędzy w czasie całego wyjazdu.
Zaraz po przekroczeniu granicy droga znacznie poprawiła się i
dość szybko jechaliśmy do Erewania. Po drodze jeszcze mały
posiłek w knajpce przydrożnej. Podobnie jak w Akhalkalaki
dominującą walutą był rubel. Według szefowej knajpki można
u niej płacić każdą walutą. Ciekawe jak zareagowałaby na
polskie złotówki. Szaszłyki zawinięte w cieniutki lawasz
smakowały wyśmienicie za 20 rosyjskich rubli.
Minęliśmy Aragat po lewej i Ararat po prawej stronie i
dojechaliśmy do dworca autobusowego u wylotu z miasta.
Wymieniliśmy pieniądze, a miła kobietka podzwoniła jeszcze po
hotelach. Niestety najtańszy kosztował 20 USD za dwójkę.
poszliśmy na postój taksówek i pierwszy napotkany taksiarz
stwierdził, że za 1000 dram ( 1USD = 580 dram ) zawiezie nas do
mieszkania za 2000dram od głowy. Zawiózł nas na drugą stronę
ulicy :). Ale nie narzekaliśmy. W piętrowym domku na parterze
mieszkała rodzinka, a na piętrze mieli sporo pokoików do
wynajęcia. Wprawdzie jeszcze w trakcie budowy, ale my
dostaliśmy jeden z bardziej wykończonych. Łazienka była obok,
czysta pościel na łóżkach więc nie było co wybrzydzać. I
tak mieliśmy tu tylko spać i od czasu do czasu umyć się.
Wykąpani w zimnej wodzie pojechaliśmy marszrutką 68 do
centrum, gdzie pierwsze kroki skierowaliśmy do agencji
sprzedającej bilety lotnicze. Po odrobinie problemów ze
znalezieniem połączenia w interesującym nas terminie w końcu
dziewczyna za biurkiem znalazła połączenie do Odessy za 143
USD. Mieliśmy bilety w kieszeni i tydzień na zwiedzanie
Armenii.
Zaczęliśmy szukać miejsca, gdzie moglibyśmy zjeść i
oczywiście zagadnęliśmy jednego z przechodniów. Levon
(zdrobniale Ljowa) najpierw zaczął nam tłumaczyć, a potem
stwierdził, że zaprowadzi nas do knajpki swoich znalomych. Po
drodze obejrzeliśmy jeszcze piękną cerkiew Zoravar z XVII
wieku ukrytą między blokami. Architektura sakralna różni się
znacznie od gruzińskiej - we wnętrzach dominują tu zwykle
surowe mury z nielicznymi obrazami.
Doszliśmy do uliczki pełnej małych rodzinnych knajpek i udało
się nam namówić Ljowę na wspólny posiłek. Wyszło trochę
dziwnie zjedliśmy sporo, wypiliśmy troszkę, a Zaproszony przez
nas Ljowa zapłacił za całość. Ot gościnność ormiańska.
Mieliśmy okazję skosztować typowego dla Armenii napoju
orzeźwiającego. Tan jest trochę podobny do serwatki, podobno
specjalnie przygotowywany, doskonale gasi pragnienie.
Zaprzyjaźniliśmy się dość szybko i nasz przyjaciel
postanowił pokazać nam miasto. Erewań jest miastem bardzo
nowoczesnym i w związku z tym mało tu budowli zabytkowych.
Pełno natomiast knajpek, parków i pomników. Mieliśmy trochę
pecha, ponieważ akurat teraz miasto jest bardzo intensywnie
remontowane. Rozebrane są ulice, place - ogólnie jeden wielki
plac budowy.
Spotkaliśmy później rodzinę Ljowy - żonę lekarkę i dwie
nastoletnie córy. Dalej zwiedzaliśmy już wspólnie. Kolejnym
kościółkiem stojącym na blokowym podwórku był Katoghike z
XII wieku - bodajże najstarszy w mieście. Aż dziwne, że nie
został przeniesiony. Malutki kościółek dziwnie wygląda
wśród wysokich bloków.
W ramach rewanżu zaprosiliśmy całą rodzinkę na lody.
Spacerując dalej po parkach Erewania doszliśmy do nowej,
ogromnej katedry Grzegorza Iluminatora, założyciela kościoła
ormiańskiego. Armenia jako pierwsze państwo świata przyjęła
w 301 roku chrześcijaństwo jako religię obowiązującą.
Oglądaliśmy pomniki, słuchaliśmy o wielkich Ormianach i czas
mijał bardzo szybko. Historia okazała się być hobby naszego
przewodnika. Nawet z historii Polski znał sporo faktów.
Słońce zaczęło chować się za horyzontem, a Ljowa zabrał
nas jeszcze na Tsitsenakabert. Mogliśmy spojrzeć z góry na
miasto i dwie święte góry Ormian - Aragat i leżący aktualnie
na terytorium Turcji Ararat. Swego czasu Turcy protestowali
przeciwko umieszczeniu tej góry w herbie Armenii. Odpowiedź
Ormian była prosta - dlaczego Turcy mają w herbie księżyc.
Wzgórze poświęcone jest masakrze Ormian z 1915 roku i każdego
roku 24 czerwca przybywają tu tłumy z całego świata by oddać
hołd swoim ziomkom pomordowanym przez Turków. Oficjalni goście
sadzą na wzgórzu choinki - znaleźliśmy nawet polskie akcenty.
W 2001 roku swoje choinki posadzili tu Jan Paweł II i Aleksander
Kwaśniewski.
Gdy myśleliśmy, że dzień dobiegł końca Ljowa najpierw
zaprowadził nas na skałki z widokiem na piękny wąwóz, w
którym o tej porze rozbrzmiewała muzyka i błyskały świata w
licznych lokalach pełnych bawiących si Ormian. Podobno domów
publicznych jest tam również sporo. My jednak pojechaliśmy do
centrum, gdzie nasz przyjaciel zaprosił nas jeszcze na kolację
do wspaniałej tradycyjnej, ormiańskiej restauracji. Stół się
uginał. Mnóstwo wyśmienitych przystawek, pyszne sałatki,
dania główne, znakomite wino Vernaszen, a do tego śpiew i
taniec na żywo kapeli w strojach ludowych. Szkoda, że
pojemność żołądka jest w moim przypadku dość ograniczona.
Garni i Geghard
Z trudem dotarliśmy poprzedniego dnia do mieszkania późną
nocą i z jeszcze większym trudem przyszło ranne wstawanie. Na
szczęście dworzec mieliśmy dość blisko i dużo stąd
autobusów. Zapytaliśmy o drogę do Garni. Żadne bezpośrednie
jednak tam nie jechał. Wsiedliśmy zgodnie z zaleceniami
tubylców do żółtego autobusu 113, który w żółwim tempie
przejechał przez cał Erewań. W końcu kierowca wskazał nam
miejsce skąd odjeżdżały marszryutki do Garni. Busik na
parkingu stał, ale przechodnie powiedzieli nam, że odjeżdża
za 1,5 godziny. Poszliśmy zatem kupić coś do zjedzenia. Gdy
kupowaliśmy bułeczki gościu obok sprzedawcy zagadał do nas po
polsku. Okazało się, że jak wielu Ormian handlował w Polsce
ponad 2 lata. Jak zaczęliśmy dyskutować to stwierdził, że ma
wolne popołudnie i może nas zawieź swoją Niwą do Garni i
Geghard Monastery. Czekając na niego obejrzeliśmy jeszcze
Abovian. Małe miasteczko, do którego jak się okazało
dojechaliśmy. Syn Griszy pokazał nam hotel, pomnik, urząd
miasta i pocztę oraz miłą knajpkę. Małe miasteczko powstało
przy ogromnej fabryce w czasach ZSRR i jeszcze nie zdążyło
się rozsypać po zamknięciu zakładu. Nawet przyjemnie się
spacerowało, ale jak się żyje trudno powiedzieć.
Zatankowaliśmy trochę paliwa i po górskich drogach o kiepskiej
nawierzchni pojechaliśmy do Garni. Dziwne, że łady żiguli
dają sobie radę na takiej drodze. My na szczęście jechaliśmy
jak goście terenówką. W Garni zaraz poszliśmy obejrzeć
odrestaurowane ruiny zaraostriańskiej świątyni
przypominającej raczej budowle greckie. Reszta budowli to
aktualnie jedynie fundamenty. Zaoszczędziliśmy na biletach -
Grisza naopowiadał, że my z Białorusi - zamiast 1000 tylko 250
dram. Świątynia stoi nad pięknym urwiskiem, a widokami na
płynącą dołem rzeczkę można się zachwycić.
kolejnym punktem programu była świątynia Geghard. Po drodze
jeszcze spotkaliśmy linoskoczków, którzy blokują drogę i
spacerując po linie nie przepuszczają samochodu jak nie
dostaną kasy.
Początki cerkwi w Geghard sięgają VII wieku, ale obecna
budowla datuje się na wiek XIII. Kopmleks jest niesamowicie
położony u podnóża góry, wokół zielono ze względu na
przepływającą rzeczkę. Mury obronne otaczające kościółek
dodają mu znacznie uroku. W świątyni nastrój podreślany
przez półmrok i skromność. Można przejść przez kilka
kaplic. Od głównej do bocznych. W jednej z nich wypływa
święte źródełko, a w drugiej ustawia się na specjalnych
stołach świeczki ofiarne. Na zewnątrz stoją bardzo liczne
"hadżkary" czyli kamienne krzyże. W Armenii zamiast
tradycyjnych krzyży stawia się tablice z krzyżem i bogato
zdobionymi motywami, którch symbolika jest podobno ściśle
określona - winorośla, granaty, kwiaty to jedne z wielu
motywów widocznych na płaskorzeźbach. Za murami nad
strumieniem, przy mostku byliśmy świadkami zarzynania ofiarnego
koguta. Rodzina zabiera go potem do domu i ma obowiązek
podzielić się posiłkiem z sąsiadami. Przed klasztorem duża
grupa przekupek sprzedających głównie słodkości. Kupiłem
sznur orzechów w masie winogronowej. Nawet smaczne, ale najeść
się tym trudno.
Wróciwszy do Abovian pożegnaliśmy się z Griszą i marszrutką
pojechaliśmy do Erewania. Zdążyliśmy jeszcze na wernisaż -
bazar odbywający się na ulicach miasta w ostatni weekend
każdego miesiąca. Klientów już za dużo nie było, a
sprzedawcy dopiero zaczynali się zbierać. Stoisk było wiele i
na szczęście poustawiane według asortymentu. Stare książki,
porcelana, dywany, instrumenty, obrazy, szkło, drewno to tylko
część sprzedawanych towarów. Nie mając zamiaru nic kupić
wydałem jednak pieniądze na obraz, obrus, płyty kompaktowe i
solniczkę. Za miękki jestem przy zakupach - szczególnie
pamiątek. Ania też skusiła się na obrus i może dlatego było
trochę taniej.
Ponownie spotkaliśmy się z Ljową, który tym razem zabrał nas
do resztek najstarszej części miasta - Erebuni. Kiedyś na
wzgórzu stała tu twierdza, ale aktualnie zostały z niej ruiny
murów z resztkami fresków i kamieniami z pismem klinowym.
Muzeum, w którym zgromadzono wykopane tu eksponaty o tej porze (
dobrze po 20 )było już zamknięte. Poszliśmy jeszcze z Ljową
na kolacyjkę i tym razem to my stawialiśmy. Jedzenie również
ormiańskie, ale już nie w tak wykwintnym lokalu jak wczoraj.
Ljowa znał nasze możliwości finansowe. Ponownie zabawiliśmy
prawie do rana dyskutując z Ljową o historii i obecnej sytuacji
politycznej. W odróżnieniu od Azerów i Gruzinów, Ormianie nie
wyobrażają sobie istnienia bez poparcia Rosjan. Pomogli im oni
w wojnie z Azerbejdżanem i pomagają utrzymać pokój, a przede
wszystkim są od nich uzależnieni gospodarczo.
Echmiadzin
Celem wycieczki kolejnego dnia był ormiański Watykan -
Echmiazin. Autobus 111 zatrzymywał się wprawdzie pod naszą
kwaterą, ale poinformowani błędnie przez tubylców wsiedliśmy
do niego w centrum. Ponownie był to niestety żółty
"żółw". kierowca ma tu chyba dwubiegową skrzynię
biegów - więcej nie używał. Na szczęście nie było daleko.
Z głównego placu udaliśmy się bezpośrednio do głównej
katedry, gdzie akurat trwały uroczystości mszy niedzielnej.
Taka uroczysta msza trwa tutaj 3-4 godzin i jest bardzo ciekawie
celebrowana. Wiele chórów, procesji i innych obrzędów. Wielu
Ormianom nie przeszkadzało to jednak w zwiedzaniu świątyni i
nawet wykonywaniu fotografii. Nie byliśmy zatem gorsi i też
obejrzeliśmy katedrę. W odróżnieniu od pozostałych
kościołów w Armenii które widziałem, była ona bogato
zdobiona. Na ścianach żywokolorowe mozaiki, piękny ołtarz na
środku, żyrandole i niesamowite sklepienie przyjemnie
oglądało sie zwłaszcza przy śpiewie żeńskiego chóru. Przed
katedrą podszedł do nas elegancki, tęgawy Ormianin i po
angielsku spytał czy my przypadkiem nie jesteśmy z Polski.
Okazało się, że Ania kontaktowała się internetowo z nim
otrzymawszy adres od Polaka, który był tu w ubiegłym roku.
Samuel okazał się być diakonem, który postanowił pomóc nam
zwiedzać Armenię. By bardzo uduchowiony i jak na nasz gust
trochę za bardzo narzekał na sytuację materialną swojej
rodziny. Cały dzień rozmalwialiśmy po angielsku co po dwóch
tygodniach rosyjskiego szczególnie dla mnie nie było zbyt
proste. Nad angielskim musze kidyś popracować. Wiara Samuela
była bardzo silna - twierdził nawet, że dzięki mocy od Boga
uzdrowił dzieciaka przez nałożenie rąk.
Najpierw poszliśmy do położonego najbliżej kościółka
św.Gayane. Była to jedna z świętych dziewic, które w IV
wieku przyniosły religię chrześcijańską do Armenii z Rzymu.
Świątynia jest pięknie położona w ogrodzie wśród kwiatów
i winogron. Wnętrze typowe dla świątyń ormiańskich - bardzo
surowe. Zeszliśmy do podziemi, gdzie przy grobie Gayany Samuel
pobłogosławił nas na ziemi ormiańskiej. Wokół kościółka
można podziwiać grobowce patriarchów kościoła ormiańskiego
zwanych katolikhosami. Hadżkarów także tu mnóstwo.
Odwiedziliśmy także drugi z kościołów poświeconych
świętym dziewicom - św.Hripsime. Ten leży już po drodze z
Echmiadzin do Erewania. Wystrój podobny - tu akurat trafiliśmy
na uroczystość zaślubin, ale nie wiedzieć czemu na wesele nas
nie zaproszono :)
Przy ostatnim z zabytkowych kościółków w Shoghakat
spotkaliśmy miejscowego proboszcza i trochę porozmawialiśmy o
różnicach między naszymi religiami. Okazuje się, że w
kościele ormiańskim celibat obowiązuje tylko na wyższych
szczeblach hierarchii. Proboszczowie, diakoni mają żony,
rodziny.
Odwiedziliśmy jeszcze mieszkanie Samuela. Poznaliśmy rodziców,
poczęstowano nas ziemniaczkami, sałatką. Co ciekawe na zimę
ludzie sami muszą sobie ogrzać mieszkania w blokach. Na
korytarzu ustawia się piec opalany drewnem i przez pół
mieszkania do balkonu poprowadzone są rury odprowadzające dym.
W czasie ciężkich zim (ostatniej temperatura spadła do minus
30 stopni) zdesperowani ludzie często wycinają drzewa w parku.
Ale podobno idzie ku lepszemu. Nawet gaz czasami już
włączają, a elektryczność jest na okrągło.
Pomiędzy Echmiadzin i Erewaniem znajduje się jeszcze Zvartnots.
Znajduje się tu lotnisko międzynarodowe i ruiny olbrzymiej
katedry. Na miejscu pogańskiej świątyni w VII wieku wybudowano
trzykondygnacyjną, 45 metrową katedrę. Niestety w X wieku, w
czasie trzęsienia ziemi mury runły. Aktualnie można jedynie
podziwiać kolumny z resztkami łuków, które obrazują jedynie
powierzchnię jaką zajmowała budowla. Bilet wstępu kosztuje
1000dram.
Pojechaliśmy jeszcze do Erewania, gdzie w knajpce Złota Rybka
zjedliśmy imieninową kolację - akurat wypadało Piotra i
Pawła. Kuchnia ormiańska bardzo mi odpowiada - jadłem
wieprzowinkę z łososiem - szaszłyk Sindbad.
Przed snem trzeba było jeszcze załatwić transport na kolejną
wycieczkę. Próbowaliśmy dogadać taksówkę z polecanego przez
Ljowę biura, ale po podliczeniu kasy za dojazd i za czas
oczekiwania, gdy my będziemy łazić po górkach
stwierdziliśmy, że dla nas za drogo. Na szczęście miałem
jeszcze numer do Artura - kierowcy, który pokazał nam kwaterę
pierwszego dnia. Umówiliśmy się na 3.30 rano.
Aragat i Abmberd
Czerwona łada żiguli podjechała punktualnie, a my
również byliśmy gotowi. Oczywiście od razu zaczęliśmy
dokładnie uzgadniać zapłatę. Za ponad 100 km i około 10
godzin czekania na nas dogadaliśmy się na 25 USD. Noc była
ciemna, ale gwiazdy było widać. Wróżyło to niezłe widoki.
Droga na górę okazała się być stroma, ale nie najgorszej
jakości i po 1,5 godzince byliśmy na wysokości ponad 3000
metrów. Przy jeziorze zaczęliśmy naszą wspinaczkę na
najwyższą górę Armenii - Aragat. Dobrze, że miałem
czołówkę - bez niej byłoby ciężko iść. Na tej wysokości
naet pod koniec czerwca temperatura spadała nocą poniżej zera.
Pod nogami miejscami sporo śniegu i od czasu do czasu lekko
zmrożone strumienie górskie. Minęliśmy jezior z lewej strony
i powoli szliśmy w górę. Mapa nawet za bardzo nie była
potrzebna. Gdy doszliśmy do grani zrobiło się całkiem widno.
Niestety dane z przewodnika nie otwierdziły się. Podobno chmury
nadciągają na szczyt około 10. Tym razem już o 6 było ich
wszędzie pełno. Dobrze, że zdążyliśmy obejrzeć piękny
wschód słońca, ale dalej już szliśmy w mlecznej mgle
intensywnie korzystając z kompasu. Podejście w sumie bardzo
łatwe i dość szybko dotarliśmy do szczytu oznakowanego
krzyżem i kamiennymi kopczykami. Były nawet flagi rosyjska i
libańska. My niestety polskiej ze sobą nie mieliśmy. Był to
jednak najniższy z czterech szczytów Aragatu - południowy
3879m. Niestety widoczność zerowa. Próbowaliśmy jeszcze
zejść do przełęczy między szczytami południowym i
zachodnim, ale przy żadnej widoczności i dość sporym śniegu
doszliśmy do wniosku, że to żadna frajda marznąć tu dla idei
zdobycia szczytu bez możliwości podziwiania widoków i
zawróciliśmy. Najwyższy szczyt Armenii musi jeszcze na mnie
poczekać.
Niżej widoczność znacznie poprawiła się. Orientację
znacznie ułatwiało jeziorko widoczne w dole. Tym razem
obeszliśmy je z drugiej strony obok budynków stacji
meteorlogicznej i budowanego podobno kompleksu wypoczynkowego.
Zamiast 10 godzin w górach byliśmy jedynie 5 . Kierowca spał w
ładzie tak mocno, że mieliśmy kłopot go obudzić. Zaraz gdy
ruszyliśmy zaczął marudzić o pieniądzach, a jak mu
powiedziałem, że chcemy jeszcze trochę odbić w bok by
zobaczyć ruiny twierdzy Amberd to stwierdził, że umowa
nieważna i musimy dogadać się od nowa. Faktycznie zamiast
100km zrobiliśmy w sumie około 140, ale czekał na nas 5 godzin
krócej. Trochę się wkurzyliśmy, bo zamiast podziwiać
śliczne widoki musieliśmy dyskutować o pieniądzach. Uspokoił
się dopiero gdy mu powiedziałem, że zarabia na nas sporo kasy,
a jak będzie dyskutował za dużo to w kolejne dni będziemy
szukać na wycieczki innego taksówkarza.
Ruiny zamku i położona obok cerkiew stały wśród bardzo
ukwieconych łąk. Dominowały piękne, czerwone maki. Twierdza i
kościółek pochodzą z XI wieku i przez lata był to
strategiczny punkt obronny Armenii. Nie chcieliśmy już
drażnić Artura i przespacerowaliśmy się jedynie do cerkwi i z
powrotem i ruszyliśmy w dół. Żeby było ciekawiej po pewnym
czasie brakło nam paliwa. Artur marudząc pod nosem, że to
przez nasze wycieczki, wyjął półtoralitrową butelkę z
bagażnika i dolał benzyny. Jechaliśmy w dół ze zgaszonym
silnikiem kiedy tylko się dało, ale i tak paliwa po kilku
milometrach brakło. Nam już było wszystko jedno,
odpoczywaliśmy na tylnym siedzeniu, a brak paliwa nas nie
interesował zupełnie. Na szczęście byliśmy już na nieco
główniejszej drodze i dość szybko uczynny kierowca pożyczył
nam trochę benzyny i już do najbliższej stacji dojechaliśmy.
Brakło nam wcześniej 2 km. Udało się wrócić na kwaterę w
całości.
Odpoczęliśmy nieco i ruszyliśmy jeszcze do centrum. Na
zwiedzanie jednak nie mieliśmy już ochoty i poszliśmy na
obiadek. W ogrodowej knajpce rodzinnej trafiliśmy na bardzo
oryginalną obsługę. Otyła szefowa cały czas mówiła do nas
"rebiata". Gdy podała sałatki, szaszłyk i ser co
chwila odchodziła mówiąc "no i co dobre nie ? ".
przy drugim piwku zapytała się czy to nie za dużo :)).
Atmosfera była luźna, ale tanio wbrew naszym oczekiwaniom nie
było - 3700 dram. Zajrzeliśmy jeszcze do internetu i na
pocztę, gdzie Ania zadzwoniła do Samuela w miarę delikatnie
dziękując mu za pomoc w zwiedzaniu Armenii. Dawaliśmy sobie
doskonale radę sami, a Samuel był nieco uciążliwy - co do
tego byliśmy bardzo zgodni .
Goshavank, Hagartsin
Tym razem pogoda nie była najlepsza, ale pomimo tego nie
zamierzaliśmy rezygnować z naszych planów. Szukaliśmy
marszrutki na naszym dworcu Kilikia, ale niestety wszystkie
miejsca były zajęte i musieliśmy pojechać na drugi miejski
dworzec w kierunku Abovian. Ponownie naszym ulubionym, żółtym
autobusem 113. Marszrutka do Dilijan czekała na nas. Gdy
wszystkie miejsca zapełniły się ruszyliśmy za 1000dram od
głowy. Droga do Sevana rewelacja, ale potem wjeżdżając na
przełęcz znacznie się pogorszyła. Dwie godzinki i byliśmy na
miejscu. Dilijan za czasów ZSRR było górskim kurortem, ale
teraz widać,m że czasy świetności minęły. Od razu zagadał
do nas taksiarz, ale nie był chetny do targów, a za
zaplanowaną przez nas wycieczkę do Goshavank i Hagartsin
chciał 7000 dram. Postanowiliśmy poszukać czegoś tańszego.
Zjedliśmy śniadanie i zaczęliśmy szukać transportu. Do Gosh
jechała marszrutka za 300 dram od głowy, ale powrót z tamtąd
i odbicie do Hagartsin były w ciągu krotkiego czasu mało
prawdopodobne. Kierowca marszrutki zagadał, że za 7000 zawiezie
nas tam gdzie chcemy. Stwierdziliśmy jednak, że wolimy nową
wołgę niż rozlatujący się busik, tym bardziej że za te same
pieniądze. Wróciliśmy więc na dworzec i po chwili jechaliśmy
piękną wołgą.
Najpierw dojechaliśmy do Gosh, wioski w górach, gdzie po
zabudowaniach było widać, że standart życia nieco niższy tu
niż w miastach. Ale egzotyczny klimat miała. W wiosce znajduje
się bardzo zaniedbany kompleks klasztorny Goshavank zbudowany w XII wieku przez Mkhitar Gosha, który
w średniowieczu był ważnym centrum kulturalno - naukowym
Armenii. Oprócz świątyni św. Grzegorza Iluminatora można
też obejrzeć pozostałości szkoły klasztornej, a szczególną
uwagę zwracają bardzo stare hadżkary z XIII wieku. Gdy
oglądaliśmy kompleks przyszło zaraz jakieś babsko i zaczęło
wołać pieniędzy. Najpierw za przewodnictwo, a kiedy
podziękowaliśmy- za wstęp w ogóle i za robienie zdjęć. W
miarę naszego oporu cena spadała i w końcu zapłaciliśmy 500
dram na cele renowacji, która bardzo przydałaby się
kompleksowi. Tak wspaniały zabytek stoi zaniedbany, zapomniany
na zupełnym pustkowiu, podczas gdy w Europie byłby odwiedzany
przez tłumy turystów. Ma to swoje dobre i złe strony. Ale
pieniądze z turystyki na pewno przydałyby się nie tylko
budowli, ale i okolicznym mieszkańcom. Na przeciwległym
wzgórzu obejrzeliśmy jeszcze kaplicę grobową Mkhitara. Ale
warto tu wejść choćby dla widoku na cały kompleks.
Wracając do Dilijan po kilkunastu kilometrach odbiliśmy w prawo
by zobaczyć kolejny kompleks klasztorny w Haghartsin. W
odróżnieniu od Goshavank mieszka to kapłan i odprawiane są
msze święte. Trzy cerkwie stoją również daleko od
cywilizacji, pięknie położone na zalesionych wzgórzach.
Najstarsza świątynia św.Grzegorza jest datowana na X wiek,
kościół św.Stefana na 1244 rok, a kościół św.Marii na
1281. Oprócz wspaniałych kościółków znajduje się tu jedna
z najstarszych zachowanych w Armenii zakonnych jadalni - 1248
rok. Spotkaliśmy zwiedzając mieszkającego tu księdza i
zamieniliśmy kilka zdań. Porównując nasze religie
opowiedział nam, że żegnając sie od lewa do prawa zarówn
Ormianie, jak i katolicy wypowiadają najpierw "Ducha"
a potem "Świetego". Gruzini i Rosjanie żegnają się
od prawa na lewo, ale słowa też wypowiadają odwrotnie. Tak czy
inaczej "duch" jest zawsze przy sercu. Obejrzeliśmy
budynki i trzeba byo wracać do Dilijan.
Marszrutka do Sevana stała na przystanku, a kierowca zapytany
o czas odjazdu stwierdził że zaraz. I tak czekaliśmy na
kolejnych pasażerów ponad godzinkę. Bus nie zapełnił się
całkowicie, ale pasażerowie zaczęli okazywać już poważne
oznaki zdenerwowania, więc ruszyliśmy. Niestety zaczęło ostro
padać i nie zanosiło się na poprawę, więc zrezygnowaliśmy
ze zwiedzania kościółka w Sevanie. Pojechaliśmy do Erewania.
Wysiedliśmy jednak przy Abovian, by odwiedzić ponownie naszych
znajomych i pogadać trochę po polsku. Najpierw jednak w
Arindżi z trasy było widać dwie ciekawe budowle. Poszliśmy na
górę i okazało się, że pierwszy pałac to nie zabytek, ale
rezydencja podobno najbogatszego w Armenii człowieka Gaghika. A
druga budowla to ufundowany przez niego współczesny kościólek
pod wezwaniem św.Marii Bogurodzicy. Miejscem godnym zobaczenia
były jednak również położone obok ruiny świątyni z VIII
wieku z figurką Marii pośrodku. Wokół znajdowało się dużo
starych hadżkarów.
Dojechaliśmy do Abovian i tu w sklepiku z kwiatami spotkaliśmy
matkę i ciocię Griszy. Zadzwoniły one po niego, ale w
międzyczasie przyjechał jego brat Samuel i zabrał nas busem do
Arzni. Znajduję się tam piękne uzdrowisko, w którym firma
Samuela właśnie wymienia okna. Uzdrowisko bazuje na
wypływających tu mineralnych wodach leczniczych. Dzięki
Samuelowi mogliśmy obejrzeć budynek. W czasie oglądania pokoi
załapaliśmy się nawet na wódeczkę i szaszłyka w jednym z
pokoi, gdzie akurat pensjonariusze mieli imprezę. Obejrzeliśmy
sale zabiegowe, przespacerowaliśmy się po parku, a w końcu
poznaliśmy szefa kompleksu dr Guevorkiana. Oczywiście znów on
też zaprosił nas na poczęstunek i ponownie poimprezowaliśmy
przy wódeczce. Bimberek z plastikowych butelek smakował
nienajgorzej. Doktor serdzecznie zapraszał kuracjuszy z Polski -
18 dniowy pobyt kosztuje z zabiegami 250 USD w pokoju normalnym i
450 USD w luksusowym apartamencie. Dostałem kontakt, ulotki i
wszystkich moich chorych mogę tam już kierować.
Po imprezie Samuel zabrał nas do swojego mieszkania w Abovian,
gdzie poznaliśmy jego przemiłą żone Florę i brata Armena z
żoną Grażyną. Oczywiście stanęo na tym, że tej nocy śpimy
u nich. W czasie gdy dziewczyny szykowały jedzenie, my
wyszliśmy jeszcze na nocny spacer po Abovian. Do 3 rano
jedliśmy kurczaka, piliśmy winko i rozmawialiśmy o Polsce, do
której szczególnie Flora bardzo tęskniła. Okazało się, że
ich dzieci urodzone w Polsce mają obywatelstwo polskie, ale
władze robią im problemy by mogli z dziećmi wyjechać do
Polski.
Tatev,Noravank
Bardzo wczesnym autobusem
wróciliśmy do naszej kwatery i koło 8 byliśmy już na dworcu
Kilikia. Dowiedzieliśmy się, że marszrutka do Goris odjeżdża
o 9. Zaczęliśmy od razu dyskutować z kierowcą o możliwości
jazdy do Tatev, Noravank i Khor Virap. Chcieliśmy w ciągu
krótkiego czasu zobaczyć bardzo dużo a poza tym jeszcze
przejechać sporo kilometrów. Negocjacje trwały długo, ale
początkowo stanęło na niczym. Zapłaciliśy zatem za bilet do
Goris po 2000 dram i wsiadliśmy do marszrutki nie martwiąc się
co będzie dalej. Jak tytlko odjechaliśmy z dworca, spod oka
kierownika kierowca poprosił mnie na przednie siedzenie.
Zaczęliśmy negocjacje od nowa i po dłuższej chwili
dogadaliśmy się na 25000 dram. Sporo pieniędzy, ale jak sie
później okazało nie żałowaliśmy. Kierowca, kolejny Samuel,
wyjaśnił mi dokładnie na jakich zasadach jeżdżą w
marszrutkach. Bus jest własnością firmy. Wyjeżdżając na
początku jest spisywany licznik i przykładowo za trasą do
Goris musi dać firmie 30000 dram. On dostaje 8% z tego oraz
wszystko co ponad to zarobi. Niestety za każdy kilometr powyżej
limitu na każdej trasie musi zapłacić 100 dram. Dlatego nie za
bardzo na rękę było mu zjeżdżanie do klasztorów, bo nie
były one przy drodze. Ale za coś płaciliśmy mu przecież
prawie 50 USD. Bardzo miło się nam gawędziło i dostałem
nawet w prezencie kasetę z muzyką ormiańską. Widoczność
była słaba i w okolicy Khor Virap ledwo było widać potężny
szczyt Araratu. Miałem nadzieję, że w drodze powrotnej będzie
lepiej. Widoczki były piękne - gory, jeziorka, irańskie
krążowniki szos, i mnóstwo różnokolorowych kwiatow na
łąkach. Po przejechaniu dość wysokiej przełęczy
wjechaliśmy do południowej części Armenii - Zangezour. Po
ponad 4 godzinach dojechaliśmy do wiecznie zielonego miasteczka
Goris. Mieliśmy jednak czas jedynie rzucić nań okiem z góry i
pojechaliśmy do Tatev. Głowna droga z powodu wojny w Górnym
Karabachu jest w idealnym stanie, ale do Tatev trzeba było z
niej zjechać 35 km. O jakości drogi najlepiej świadczy fakt,
że jechaliśmy te 35 km półtorej godziny. Widoki niesamowite.
Bardzo głębokie wąwozy pokonywaliśmy długimi serpentynami, a
kierowca stwierdził, że następny raz i za 100 USD nie jechalby
tędy. Zjechaliśmy na sam dó i po przekroczeniu "Czarciego
mostu" nad rzeką Vorotan ponownie serpentynami wspinaliśmy
się na samą górę do klasztornego kompleksu. Jest to
niezmiernie ważne miejsce w historii Armenii. Już od X wieku
była tu siedziba biskupa regionu Syunik. W czasach największej
świetności mieszkało tu 600 mnichów, artystów, filozofów.
Przechowywano tu relikwie św.Jana Chrzciciela, św.Grzegorza
Iluminatora, św.Stefana, św. Hripsime i relikwie Krzyża Św.
Tatev by jednym z ważniejszych centrów edukacyjnych Armenii.
Kościół św. Piotra i Pawła pochodzi z początku X wieku, a
św.Grzegorza z XIII. Aktualnie trwają intensywne prace
renowacyjne, dlatego panoramę kościołów otoczonych przez
obronne mury na wysokiej skale psuje nieco wysoki dźwig. W
kompleksie można spacerować po labiryncie pomieszczeń obok
kościołów dość długo. Interesujące są tu również
tutejsze hadżkary. Najlepszy widok na klasztor jest z
sąsiedniego wzgórza. Nie oparłem się pokusie i aby wykonać
fotografię poszedłem na trochę dłuższy spacer. Ania z
Samuelem musieli na mnie sporo poczekać, ale za to zdjęcia
będą piękne.
![]() |
||
![]() |
Wracając, zrobiliśmy sobie jeszcze postój
przy "Czarcim moście". Vorotan płynie tu po skałach
tworząc piękny wąwóz i nieco dalej wpływa do jaskiń. My
zrobiliśmy tylko mały spacer i nawet w naturalnej kamiennej
wannie z siarkową wodą nie mieliśmy czasu si wykąpać.
Spotkaliśmy jeszcze ciocię Samuela, której udzieliłem kilku
medycznych porad :)
opuściliśmy piękne wąwozy i wracaliśmy trasą do Erewania.
Po drodze zebraliśmy kilka osób do Erewania i trafiła się im
wycieczka do Noravanku. Jechaliśmy kolejnym wąwozem, tym razem
jego dnem. Nie był tak głeboki, ale kolorowe skały, według
Ani doskonałe do wspinaczki, w świetle wieczornego światła
wyglądały bardzo malowniczo. Po kilku kilometrach zobaczyliśmy
ulokowane na skałach kościoły. Związana jest z nimi legenda.
Pewien architekt zakochał się w córce księcia i książe
obiecał mu rękę córki, jeśli zbuduje kościół na skale.
Gdy ten ukończył dzieło, został strącony ze skał na
których stoi kościół w przepaść. Pierwszy kościół
powstał tu w początkach XII wieku. Został jednak zniszczony w
walkach między rywalizującymi książętami. Dlatego gdy w XIII
i XIV wieku zbudowano nowe kościoły otrzymały one nazwę
Noravank "Nowy kościół". Piękne słońce
oświetlalo jasne, kamienne ściany kościółków. Mniejszy jest
dwupoziomowy, a na górny wchodzi się po schodkach ciekawie
ulokowanych nad wejściem na pierwszy poziom. W drugim
kościółku jest bardzo dużo nagrobnych płyt, a wokół
przepiękne hadżkary. Niestety znów czas nas trochę gonił i
musieliśmy wracać na drogę do Erewania.
Pogoda popsuła się niestety cakiem i zaczęło padać.
Zrezygnowaliśmy zatem z obejrzenia Khor Virap. A szkoda, bo tu
chyba najpiękniej widać szczyt Araratu. Ta ogromna góra
wyrasta z ziemi tak wysoko, że ośnieżony szczyt widać jakby
wśród chmur. Niestety widzieliśmy to tylko na pięknych
fotografiach. No cóż, będzie po co wracać do Armeni.
![]() |
|
![]() |
![]() |
Sevan
W ostatni dzień w Armenii poumawialiśmy się z naszymi
znajomymi. Najpierw pojechaliśmy do Abovian. Tu zapakowaliśmy
si do łady żiguli i razem z Samuelem, Florą i ich kumplem
pojechaliśmy na biwak nad jezioro. Bagażnik był pełen
żarcia. Zastanawiałem sie kto to wszystko zje. Chociaż
poprzedniego dnia w czasie wyprawy na poudnie nie mieliśmy czasu
porządnie się najeść. W Sevanie wjechaliśmy na półwysep i
zaparkowaliśmy w lasku przy plaży, gdzie pełno specjalnych
miejsc na grillowanie. Widać, że miejsce jest popularne wśród
Ormian. Drewno na grilla trzeba jednak było kupić przy drodze.
Najpierw jednak poszliśmy obejrzeć Sevanvak - kościóek na
wzgórzu nad jeziorem. Jego początki to VI wiek. Urzędował tu
słynny Mashtot - tworca ormiańskiego pisma i katholikos w
ormiańskim kościele. Mieliśmy szczęście, gdyż w świątyni
trwały akurat nabożeństwa. Oprawa muzyczna ormiańskiej mszy
jest przepiękna. Zwłaszcza liturgiczne śpiewy z
towarzyszącymi im dzwoneczkami, a do tego płonące
świeczki ofiarne i dym z kadzideł wytwarzają niesamowity
nastrój. Sasza z Florą stwierdzili tylko, że ich księża są
znacznie mniej pazerni na pieniądze. Nie ma tu żadnych ofiar za
pogrzeby, śluby, chrzciny itp. Spotkaliśmy ,w odróżnieniu od
innych miejsc przez nas odwiedzanych, sporo turystów. Między
innymi Kanadyjczyków pochodzenia ormianskiego, którzy
pokazywali swoim potomkom rodzinny kraj.
Po serii fotek zeszliśmy z powrotem do jeziora. Amatorów
kąpieli nie bylo. Ja nie mogłem sobie odmówić i popływałem
chwilę w wodzie o temperaturze 17-18 stopni. Na szczęście
słoneczke mocno przygrzewało i mogłem się szybko rozgrzać.
Szaszlyki, rybki, bakażany i pomidory piekły się na grillu, ja
leżałem, a reszta wybrała się na wycieczkę po półwyspie.
Wrócili głodni i zaraz usiedliśmy do wyżerki. Z pieczonego
pomidora, bakłażana i ostrej papryki każdy robi sobie
sałatkę na własnym talerzu rozgniatając i mieszając wszystko
razem. Mięso było wyśmienite, sałatka również, a na ryby w
moim żołądku brakło już miejsca. Po jedzeniu obowiązkowe
leżakowanie na plaży. Takie dni leniuchowania są również na
wakacjack potrzebne. Czas płynął barzo szybko i musieliśmy
wracać. Wypiliśmy jeszcze pożegnalną, ormiańską kawę w
Abovian i wróciliśmy do Erewania.
Tu byliśmy z kolei umówieni z Ljową i jego żoną. Zabrali nas
na pożegnalną kolację do jednej z knajpek nad rzeczką Hazdar.
Nie miałem pojęcia gdzie zmieszczę następne porcje jedzenia.
O dziwo znalazło się jeszcze sporo miejsca, może dlatego, że
jedzenie było wyjątkowo smaczne. Dyskutowaliśmy jeszcze długo
po zachodzie słońca popijając smaczne winko Vernaszen. Na
koniec zaprosiliśmy jeszcze Ljowę z rodziną do Polski i
wróciliśmy na kwaterę pakować się.
![]() |
![]() |
Odessa
Taksówka na lotnisko zabrała nas po 6 rano i kosztowała 2500
dram. Przy odprawie nie było problemów i celnik jedynie
zapytał mnie czy w butelkach widzianych na monitorze to koniak.
Kupiliśmy i dostaliśmy dość dużo wina :)
Żegnaliśmy Zakaukazie z łezką oku, a szczególnie
wspominaliśmy niezwykle serdecznych ludzi, którzy niezależnie
od ststusu społecznego byli bardzo gościnni. Widocznośc z
samolotu była bardzo dobra i podziwialiśmy najpierw niezdobyty
przez nas Aragat i potężny Kaukaz z doskonale widocznym
Elbrusem. Być może to cel mojej przyszłorocznej podróży.
Wylądowaliśmy na lotnisku w Odessie bez problemów, aczkolwiek
pilot przed lądowaniem zafundowa nam nieco wesołego miasteczka.
Ustawiając się do lądowania postawił samolot na luku w
pionie. Jeszcze tak nie lądowałem. Ale może za mało latam
samolotami.
Dojechaliśmy marszrutką do dworca, gdzie zostawiliśmy bagaże
w przechowalni. Znałem już miasto z ubiegłorocznej podróży
na Krym. Pomimo pięknych kamienic, nadmorskiego deptaka nie robi
ono na mnie dużego wrażenia. Warto je obejrzeć, ale jak dla
mnie raz wystarczy. Co innego ukrainskie dziewczyny - aż ślinka
cieknie. Wszystki eleganckie i zadbane, a przede wszystkim
poruszają się pięknie :)
Myśleliśmy o kinie, ale na "Terminatora" nie
mieliśmy ochoty. Pojechaliśmy zatem po dluższym spacerze na
plaże i tu znów zażyłem kąpieli. Woda brudna, ale ciepła.
Na plaży troche za dużo ludzi i przez to tłok.
Nie wiem czy to przez kąpiel, czy to już trzytygodniowa
podróż, ale stwierdziliśmy wspólnie z Anią, że siły nam
sie skończyły. Zamiast jechać do Kijowa by zobaczyć stolicę
Ukrainy, zamieniliśmy nasze bilety i pojechaliśmy bezpośrednio
do Lwowa. Tu nad ranem wsiedliśmy w autobus do Przemyśla gdzie
niestety musieliśmy się pożegnać. Ja przesiadłem się w
autobus do Krakowa, a Ania pojechała dalej do Jarosławia, gdzie
już czekali na nią rodzice. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś
wybierzemy się na wspólną wyprawę, bo dogadywaliśmy się
dość dobrze. Jestem jej wdzięczny za wspólnie spędzone
wakacje.
Wieczorem jeszcze załapałem się na świętowanie zaległych
imienin brata i własnych.
Przed wyprawą do Armenii polecam przewodnik z mapami:
rediscovering armenia guidebook
[Turcja] [Costa Brava] [Hiszpania] [Babia Góra] [Bieszczady] [Słowacja]
[Kreta] [Słowacki Raj] [Meiningen] [Węgry] [Lublin]
[Szklarska Poręba] [Babia Góra 2001] [Szwajcaria] [Wenecja] [Chorwacja] [Roztocze]
[Londyn] [Syria] [Ukraina] [Kraje Nadbałtyckie] [Słowacja] [Krym] [Rumunia] [Moskwa]
[Maroko] [Paryż] [Azerbejdżan Gruzja Armenia] [Rosja]