GRUZJA 2003
Turystów na granicy gruzińskiej wita napis w
trzech językach - angielskim, rosyjskim i gruzińskim -
"Odprawa graniczna jest wolna od opłat". Ciekawe
dlaczego tu stoi :). Na szczęście nie mieliśmy żadnych
problemów. Wprowadzono nasze dane do komputera i szybko
otrzymaliśmy pieczątki wjazdowe.
Marszrutek niestety nie było i do Lagodekhi musieliśmy jechać
taksówką. Zapłaciliśmy 3 lari. 1 USD to około 2 lari.
Mieliśmy szczęście. Marszrutka do Tbilisi właśnie
odjeżdżała. Za 6 lari od głowy zapakowaliśmy się na tylne
siedzenia i ruszyliśmy w drogę. Nawierzchnia tu tragiczna. Nic
dziwnego - w końcu nie jest to droga tranzytowa. Jechaliśmy
przez bardzo biedne tereny, wioski z walącymi się domami. Bieda
aż piszczy. Pomimo niedużej odległości - 150km jechaliśmy
około 4 godzin. W końcu dotarliśmy na dworzec Ortachala w
stolicy Gruzji Tbilisi. Trafić tu bez znajomości rosyjskiego to
tragedia, no chyba, że zna się gruziński :). Przez tydzień
pobytu udało mi się nauczyć kilku zaledwie liter i słów. O
piśmie mogę powiedzieć jedynie że jest okrągłe. Jak się
później dowiedzieliśmy w Armenii pismo to stworzył dla
Gruzinów Ormianin Masztot, który był twórcą również pisma
ormiańskiego - oczywiście całkowicie innego. Ponieważ narody
kaukaskie nie przepadają za sobą - Ormianie śmieją się z
Gruzinów, że gdy przyszli do Masztota zazdroszcząc
południowym sąsiadom ich pisma, ten rzucił makaron na ścianę
i tak powstało pismo gruzińskie. Tak czy inaczej przeczytać
cokolwiek było ponad nasze siły. Po wymianie pieniędzy
zagadnęliśmy pierwszą napotkaną kobietę o dojazd do centrum
i zaraz wyjaśniła gdzie jechać i co ważniejsze gdzie szukać
tanich hoteli. Pojechaliśmy zatem metrem do stacji Avlabari i
niestety stwierdziliśmy, że polecane przez kobietę hoteliki
są raczej poza naszym zasięgiem. W pierwszym dwójka
kosztowała 50 USD. Na szczęście miła recepcjonistka
wytłumaczyła nam gdzie znaleźć nieco tańszy hotel Irmeni.
Tam specjalnie dla nas obniżyli cenę najtańszego pokoju z 40
do 30 USD. Zapłaciliśmy i w takich warunkach w ciągu całej
wycieczki już nie spaliśmy. Luksus - telewizja, telefon,
lodówka, kafelki, wykładziny - a to wszystko kosztuje. Podobno
nie ma tańszych hoteli w mieście. Szukaliśmy jeszcze
telefonicznie miejsca na kwaterze w instytucjach polecanych przez
przewodnik, ale bezskutecznie. Postanowiliśmy zatem zwiedzić
Tbilisi za jeden wieczór i jechać dalej na
"prowincję" - tam podobno taniej.
Po drodze do centrum zagadałem przypadkowego przechodnia o
drogę na Stare Miasto. Stwierdził, że ma czas i może nam
pokazać miasto. Przeszliśmy obok kościoła Metekhi, przez most
nad rzeką Mtkwari do twierdzy Narikala. Było dość późno i
niebo mocno zachmurzone, ale widoki warte krótkiej wspinaczki.
Panorama miasta we wszystkich kierunkach bardzo piękna. Nasz
znajomy przedstawił się jako Georgij, ale naprawdę miał na
imię Murtaz. Gdy później pytałem się go dlaczego nie
powiedział od razu jak ma na imię, odpowiedział, że Georgij
dla nas łatwiej zapamiętać. Nazywajmy go jednak Murtazem :)).
Następnie zaprowadził nas do katedry Sion - opowiadając po
drodze sporo o mijanych budowlach. Również w cerkwi pokazywał
nam ikony ukazujące świętych i nieco historii kościoła
gruzińskiego. Należy on do wyznań prawosławnych, ale jest
niezależny tzn. ma swojego patriarchę. Wyszliśmy ze Starego
Miasta i obok ratusza przeszliśmy na główną ulicę Tbilisi -
Rustaveli. Mijaliśmy muzea, parlament, kościoły, pocztę a
Murtaz wyjaśniał nam co gdzie się mieści. Doszliśmy aż do
uniwersytetu i nieco zmęczeni zaprosiliśmy kolegę na kolację.
Zaprowadził nas do knajpki, gdzie Ania jadła chacziapuri
adżaruli - jedną z odmian specjalności gruzińskiej kuchni (
więcej szczegółów później ) a my chinkali - pierogi z
mięsem i zieleniną. Wszystko bardzo smaczne. Za obiad dla
trzech osób z piwkiem 15 lari.
W międzyczasie Murtaz zaprosił nas na swój ślub i przyjęcie
weselne za dwa dni i obiecał, że pomoże w sprawie noclegu. Po
piwku w klubie z niezłą muzyką live wróciliśmy do hotelu. Z
Murtazem umówiliśmy się nazajutrz popołudniem.
Ponieważ za 30 USD mieliśmy również śniadanko w cenie
usiedliśmy na tarasie z widokiem na Tbilisi i napełniliśmy
żołądki. Zostawiliśmy plecaki w recepcji i zaczęliśmy
robić wczorajszą trasę samodzielnie zwiedzając nieco
dokładniej. Zajrzeliśmy do środka cerkwi Metekhi stojącej na
miejscu, gdzie przed wiekami muzułmanie wymordowali tłumy
chrześcijan po zdobyciu miasta. Tbilisi jest miastem, które w
swej historii było zdobywane przez różnych najeźdźców
kilkanaście razy. Biorąc to pod uwagę inaczej patrzy się na
nieźle zachowane Stare Miasto, które niestety jest najbardziej
zaniedbaną częścią miasta. Niesamowite dla mnie była
możliwość funkcjonowania tuż obok siebie świątyń bardzo
wielu, różnych wyznań niekoniecznie przepadających za sobą.
Z kościoła gruzińskiego poszliśmy do meczetu przechodząc
obok funkcjonujących tureckich łaźni. Meczet w nie najlepszym
stanie - widać, że zbyt wielu wyznawców Allacha w Tbilisi nie
żyje. Odmienne wrażenia w synagodze. Po raz pierwszy w życiu
miałem możliwość obejrzenia żydowskiej świątyni.
Oprowadził nas miły człowiek, pokazał dwie sale modlitewne -
na parterze i na piętrze. Wystrój świątyni całkiem
interesujący - w centralnym miejscu żydowska święta Tora,
czyli pierwszych pięć księg Pisma Świętego, obok
charakterystyczny siedmioramienny świecznik - menora. Podobało
mi się, ale wyznania raczej nie zmienię :).
Obok obejrzeliśmy świątynię kościoła ormiańskiego.
Charakterystyczne dla niego, jak się jeszcze przekonaliśmy
później w Armenii, bardzo skromne zdobienia - mury nawet bez
tynku - surowy kamień i kilka ikon, obrazów. Też robi
wrażenie. Jak we wszystkich cerkwiach na wschodzie w środku
znajduje się stoisko ze świeczkami, obrazkami, pamiątkami.
Trafiliśmy również do kościoła katolickiego, gdzie
dowiedzieliśmy się, że katolików w Tbilisi jest kilkuset, a w
całej Gruzji około 3000. Kontynuowaliśmy nasz spacer
dochodząc do budynku parlamentu. Zaobserwowałem, że w kilku
miejscach publicznych ( między innymi tutaj ) zbierają się
ludzie. Chyba tylko po to aby się zebrać. Stali tak w większej
grupie przez dłuższy okres czasu i dyskutowali. Poszliśmy
dalej, a oni dalej stali. Może nie mają innych zajęć.
Naprzeciwko parlamentu odwiedziliśmy cerkiew Kaszveti, w której
nazajutrz miał się odbyć ślub naszego znajomego. Przeszliśmy
obok byłego hotelu Iveria, w którym teraz mieszkają uchodźcy
z Abchazji i który nie jest aktualnie najlepszą wizytówką
miasta, a stoi w samym centrum. Zajrzeliśmy po drugiej stronie
rzeki Mtkwari do jeszcze jednego kościoła katolickiego,
którego zdobienia miały już jednak elementy wschodnie i
stojącej obok cerkwi rosyjskiej. Zmęczeni spacerowaniem
usiedliśmy z powrotem na Starym Mieście w knajpce i tym razem
ja zjadłem pyszne bakłażany i chacziapuri megruli. Chacziapuri
to jak już pisałem gruzińska potrawa narodowa. Są tego
różne rodzaje. My poznaliśmy cztery. Przypomina trochę pizze,
ale jest znacznie smaczniejsze. Podstawowy składnik to ciasto i
ser. Jeśli ser jest na wierzchu to mamy chacziapuri megruli,
jeśli w środku to imegruli, jeśli ciasto jest w kształcie
kajaka z pływającym na górze lekko ściętym jajkiem to
adżaruli, a jeśli jest to przekładaniec to aczma - podobno
najlepsze, ale nam nie udało się go spróbować.
Wróciliśmy następnie do hotelu, gdzie czekał już Murtaz.
Zabrał nas na przedmieścia pokazać dwie kwatery. Właściciel
pierwszego lokalu stwierdził, że albo będziemy razem z nim
wchodzić i wychodzić do domu, albo jego doberman i
pitbullterier mogą nas zagryź. Z tego mieszkania
zrezygnowaliśmy. W drugim warunki też nie były najlepsze i
Murtaz stwierdził, że najlepiej jak pojedziemy do niego i
zamieszkamy z nim i Dianą w jednym pokoju. Biorąc pod uwagę,
że nazajutrz miał mieć ślub baliśmy, że będziemy
przeszkadzać, ale nawet panna młoda stwierdziła, że nie
będzie żadnych problemów. Aby naprawdę nie przeszkadzać
pojechaliśmy jeszcze metrem do centrum i wróciliśmy wieczorem.
Pan młody za bardzo weselem się nie przejmował. Mieszkanie
młodych jest w systemie włoskiego podwórza. Tak przynajmniej
nazywał to Murtaz. Wokół dużego podwórza jest
rozmieszczonych kilka mieszkań, w których mieszka kilka rodzin.
Wszyscy żyją wspólnie. Bez przerwy ktoś zachodzi do
mieszkania sąsiada, wszyscy zaprzyjaźnieni. Trudno to opisać,
ale żyją na luzie. W pokoju Murtaza mieszkaliśmy razem z nimi,
ich 2 letnią córeczką Maiko i od czasu do czasu matką Diany .
Do późnej nocy graliśmy z sąsiadami w karty. Nauczyli mnie
grać w jokera - dzięki temu umiem liczyć po gruzińsku do 5.
![]() |
Mieliśmy zamiar trochę pozwiedzać przed ślubem, ale w końcu doszliśmy do wniosku, że spóźniać się nie wypada. Pojechaliśmy zatem na zakupy kupić drobiazg z okazji ślubu dla młodych. Uroczystą koszulę pożyczyłem od Murtaza, ale butów w moim rozmiarze nie było. Myślę, że nawet jak goście wystąpią w sandałkach to ślub będzie ważny. Czekaliśmy pod cerkwią i chociaż ślub miał być o 14, wszyscy przyjechali z półgodzinnym spóźnieniem. Okazało się, że w wynajętym samochodzie zatrzasnęli w środku kluczyki i pół godziny trwało wchodzenie do środka przez szyberdach. W czasie ślubu robiłem za fotografa, ale lampa błyskowa nie przeszkadzała za bardzo śpiewającemu prawie bez przerwy popowi. Na koniec uroczystości kapłan oprowadził młodych wokół cerkwi a świadkowie trzymali nad ich głowami korony. Po ślubie wykonaliśmy grupowe zdjęcia przed kościołem i pojechaliśmy na przyjęcie weselne, które odbywało się w pokoju, w którym zamieszkiwaliśmy. Dobrze, że nasze plecaki można było ustawić w małym korytarzu, bo brakłoby miejsca dla gości. Ponieważ młodzi żyli już ze sobą od kilku lat i mieli już dzieciaka nie było to duże, tradycyjne wesele, ale przyjęcie dla rodziny i znajomych. Stół suto zastawiony. Trzeba było spróbować wszystkiego - mięsa w różnych postaciach - głównie pieczonego, chacziapuri, tolmy (gołąbków zawiniętych w liście winogrona), ryb, twarogu z miętą, sałatki z bakłażanów z orzechami, mamałygi, pysznego sosu z orzechami i kindzi, oliwek i wina. Na Zakaukaziu panuje tradycja bardzo wylewnych toastów. Ile się trzeba nagadać, żeby się napić :)). Tym razem było jeszcze dłużej - najpierw toasty po gruzińsku, a potem dla nas tłumaczenie na rosyjski. Wina było z 10 litrów, ale gości sporo - około 18 wina brakło a goście zaczęli się rozchodzić. O 19 pojawili się jednak nowi goście - młodzi sąsiedzi ( jak to ich Diana nazywała "tinejdżery" ) i impreza trwała dalej. Nie obyło się oczywiście bez kart przed spaniem.
![]() |
![]() |
Zbudziliśmy się o 8 rano. Dla Gruzinów to jeszcze prawie środek nocy. Ale Murtaz wstał z nami i nawet naszykował śniadanko - tzn. jedliśmy to co zostało po weselu. Przejechaliśmy metrem na dworzec i dalej pojechaliśmy marszrutką do Sagarejo za 1,5 lari. Tutaj po krótkich poszukiwaniach Murtaz znalazł ładę za 30 lari, która miała nas zawieź do celu naszej wycieczki - skalnych klasztorów w Dawit Garedża. Na północy zostawiliśmy ośnieżone szczyty, a jechaliśmy niesamowitą drogą na południe w kierunku granicy z Azerbejdżanem. Przez 50 kilometrów otaczały nas wzgórza pokryte trawą. Żadnego lasu, a na całej trasie jedna miejscowość - Udabno. Dojechaliśmy do skrzyżowania na bezdrożu i skręcając w lewo dość szybko dojechaliśmy do remontowanego właśnie największego z klasztorów. Cała droga z Sagaredżo trwała 1,5 godziny. Do zamieszkałych przez mnichów pieczar wchodzić nie wolno, ale zwiedziliśmy kaplicę na pierwszym poziomie z kopią świętego kamienia przyniesionego przez Dawita z Jerozolimy w VI wieku. Oryginał znajduje się w katedrze Sioni w Tbilisi. Weszliśmy również na wieżę obronną, a potem zaczęliśmy wspinaczkę na wznoszące się nad klasztorem góry z pozostałościami starych fresków w zniszczonych jaskiniach. Cała trasa zajmuje spokojnym krokiem około godzinki, ale trochę można się zmęczyć. Klasztor prezentuje się z góry jeszcze ciekawiej niż z dołu. Gdy weszliśmy na grzbiet dalej już po płaskim szliśmy zaglądając do pozostałości po mnisich jaskiniach, by w końcu dotrzeć do ruin kapliczki na szczycie i grobowca. Trzeba trochę uważać pod nogami można trafić na węża. Mnie jeden uciekł w trawę - chyba bardziej wystraszony od turystów. Wdałem się w dyskusję z gruzińskim przewodnikiem spotkanej pary Amerykanów, co widzimy po południowej stronie grzbietu i dopiero gdy wyjąłem kompas dał się przekonać, że to może być Azerbejdżan. Po powrocie na parking zajrzeliśmy jeszcze do sklepiku prowadzonego przez mnichów z pamiątkami, książkami, kartkami, obrazkami. Drogę powrotną do Sagaredżo przespaliśmy w ładzie, a marszrutka do Tbilisi nie wiedzieć czemu z powrotem była tańsza - 1 lari. Odebraliśmy jeszcze fotografie ze ślubu i wesela i o dziwo nawet się udały. Do mieszkania wróciliśmy na obiadokolację.
Tym razem pobudka jeszcze wcześniej o 7 rano okazała się być dla Murtaza zbyt dużym wyzwaniem. Na kolejną wycieczkę pojechaliśmy zatem sami. Z dworca Didube chcieliśmy jechać marszrutką do Kazbegi. Złapał nas jednak taksiarz i zaproponował transport. Marszrutka kosztuje 8 lari, a my za 10 pojechaliśmy dużą i znacznie szybszą taksówką. Okazało się jednak, że wołga nie była z gumy. Kierowca przesadził z ilością pasażerów. A może z ich gabarytami. Przez połowę drogi prawie na moich kolanach siedział marudzący bez przerwy ponad stukilowy Gruzin. Dobrze, że mam cierpliwość i kościste biodra to wytrzymałem. Jechaliśmy wg przewodnika Georgian Military Highway, która jednak z nazwy jedynie ma cośkolwiek wspólnego z " highway ". Jedynie do zalewu Zhinvali nawierzchnia była niezła, ale potem, gdy zaczęły się wysokie góry, widać, że zima zrobiła swoje, a drogowcy już albo jeszcze nie. Za to widoki niesamowite. Wkoło potężne góry, w dole piękne doliny. Przejechaliśmy przez przełęcz 2350 m n.p.m. i potem już w dół dość szybko dotarliśmy do Kazbegi - miasteczka nieopodal rosyjskiej granicy. Całą drogę towarzyszyło nam piękne słońce, a w Kazbegi mgła, chmury. Dobrze że mieliśmy kompas i mapę. Zaczęliśmy wspinaczkę w kierunku Tsaminda Sameba czyli cerkwi Świętej Trójcy. Po pewnym czasie idąc wzdłuż strumienia musieliśmy się wspiąć po stromym zboczu obficie pokrytym rosą. Dobrze że obuwie mieliśmy odpowiednie. Na końcu krótkiej wspinaczki wśród mgły i otoczona przez stado pasących się krów znajdowała się zamknięta niestety cerkiew. Widoków rewelacyjnych nie było, więc ciągle w chmurach wspinaliśmy się coraz wyżej. Dopiero po godzince chmury uniosły się wyżej i ujrzeliśmy piękno tego miejsca. Wokół ośnieżone szczyty, błękitne niebo i ukwiecone łąki. Niestety chmury całkowicie nie rozwiały się i od zachodu - miejsca gdzie chcieliśmy przynajmniej zobaczyć pięciotysięcznik Kazbek - nadciągały coraz to nowe, zasłaniające najwyższe szczyty. Na szczęście po drugiej, wschodniej stronie doliny pięknie wyglądały czterotysięczniki - Baczagi i Kuru. Gdy wdrapaliśmy się na wysokość około 3000 m chmury nieco rozstąpiły się i na horyzoncie ujrzeliśmy ośnieżony szczyt, prawdopodobnie Kazbek - najwyższą górę w okolicy. Po krótkiej sesji fotograficznej trzeba było zacząć wracać, by zdążyć na ostatnią marszrutkę do Tbilisi. Tym razem widoki w okolicach Tsaminda Sameba z górami w tle były już rewelacyjne. Zbiegliśmy po zboczu do Kazbegi, ale bus o 17 odjechał nieco wcześniej i musieliśmy czekać na ostatnią o 18. Był czas zjeść obiad w hotelowej restauracji przy głównym placu. Poprzedni autobus odjechał znacznie wcześniej, a nasz sporo później - czekaliśmy jeszcze na Rosjan, których zaanonsował taksiarz jadący od granicy. Przez to oczekiwanie słoneczko uciekło nam za góry i pomimo, że umówiłem się z kierowcą na ostre fotografowanie dolin i górek po drodze za bardzo nie było jak - za ciemno.
Tym razem również z dworca Didube pojechaliśmy zwiedzić
Mckchetę - starą stolicę gruzińską położoną kilkanaście
kilometrów od Tbilisi. Jest ona usytuowana u ujścia rzeki
Aragwi do Mtkwari - bardzo malowniczo zwłaszcza ze wzgórza z
cerkwią Dżwari. Zaraz na głównym placu podszedł do nas
koleś i piękną angielszczyzą zaoferował pomoc w dostaniu
się do wszystkich cerkwi. Początkowo miało być darmo, ale
zaraz stwierdził, że kierowca łady chce 10 USD. Mieliśmy
cały dzień, a wszystkie interesujące nas budowle były w
zasięgu wzroku, więc podziękowaliśmy. Miasteczko robi bardzo
korzystne wrażenie. czysto, a przede wszystkim bardzo spokojnie,
prawie żadnego ruchu na ulicach. Najpierw poszliśmy obejrzeć
największą świątynię w Gruzji katedrę Svati-Czkoweli.
Otoczona murami obronnymi katedra imponująca. Wewnątrz
półmrok, na posadzce płyty grobowe książąt, księży,
wokół ikony i kadzidła. Szkoda, że w przewodniku tak mało
informacji, a przewodnik Murtaz jeszcze spał.
Następnie odwiedziliśmy kościółek antiochijski leżący w
samych widłach rzek. Kościół Św. Stefana został założony
już w V wieku, a aktualne zabudowania są datowane na VII-VIII
wiek.
Kolejnym kompleksem zabudowań kościelnych jest Samtawro. Duży
kośćiół z XII wieku i mały z V są niestety pozamykane na
głucho. Jedynie mała boczna kaplica jest miejscem sprzedaży
pamiątek. Na podwórzu znajduje się święty grób, skąd
wierni czerpią święte olejki mające moc uzdrawiającą.
Przeszliśmy przez całe miasteczko by dojść do pięknie
położonych ruin miejskiej twierdzy Bebris Tsikhe. Zbyt dużo z
nich nie zostało, ale widoki na całą okolicę interesujące.
Widok na całe miasteczko jest jednak najciekawszy ze wzgórza na
południu, na którym stoi przepiękna cerkiew Dżwari. Najpierw
trzeba jednak było tam wejść. Ponieważ mieliśmy sprzeczne
informacje od pytanych Gruzinów, postanowiliśmy pójść
najprostszą drogą - na przełaj. Po przejściu przez most i
przez trasę do Kazbegi musieliśmy przedzierać się przez
plątaninę krzaków i drzew. Na szczęście bardzo krótko,
gdyż na szczycie weszliśmy już na drogę prowadzącą prosto
do kościółka. Wiało straszliwie - dobrze, że nam głów nie
pourywało. Wewnątrz na stoisku z pamiątkami ktoś smacznie
spał. Wystrój podobnie jak w katedrze bardzo skromny ale
dostojny i interesujący. Zejście w dół było równie ciekawe
jak podejście. Gdy wyszliśmy na trasę szybkiego ruchu
martwiłem się jak dotrzemy do Tbilisi, ale zatrzymała się nam
jedna z pierwszych jadących marszrutek i zawiozła do Didube.
Pojechaliśmy jeszcze na dworzec kolejowy by kupić bilety na
wieczorny pociąg do Kutaisi. Okazało się to być nie lada
atrakcją. W jednej z kas kasjerka malowała się w trakcie
rozmowy z klientami, a w naszej ostro zaciągała się
papieroskami. Obie w wieku przedemerytalnym. W końcu po
dłuższej chwili pyta "dzieci dokąd ? ". Na pytanie
jak długo pojedziemy do Kutaisi usłyszeliśmy, że według niej
to jakieś 6-7 godzin. A komputer stoi przed jej nosem. W końcu
jednak sprawnie wystukała nam na tym komputerze podobno
najlepszy wagon na dolnych półkach i zapłaciliśmy po 5,5 lari
za sypialny.
Po powrocie zabraliśmy Murtaza i wspólnie pojechaliśmy
taksówką do " Żółwiego Jeziorka" na obiad. Jest to
bardzo przyjemne miejsce na wzgórzach nad Tbilisi. Małe
jeziorko z knajpkami wkoło, małą plażą i możliwością
wypożyczenia pływającego sprzętu. Najbardziej popularne
wśród młodych Gruzinów wieczorową porą. Zjedliśmy
chacziapuri, wypiliśmy piwko i zjechaliśmy z powrotem
taksówką za 3 lari do centrum by naszykować się do
wieczornego wyjazdu. Na miejscu jednak okazało się, że nie
zabieramy bagaży, a pojedziemy z Kutaisi do Batumi i wrócimy
następnego dnia również pociągiem nocnym. Murtaz zdecydował
się pojechać z nami. Dopiero później dowiedzieliśmy się,
że aby mieć trochę gotówki, poszedł do lombardu zastawić
swoją dwudniową obrączkę. Gruzini mają jednak
"zdrowe" podejście do małżeństwa :). Przed 23
leżeliśmy już w naszym przedziale. Czasu by się wyspać za
dużo nie było.
Pociąg dojechał nieco wcześniej i już o 4.45 byliśmy na
dworcu w Kutaisi. Ciemności egipskie. Na dworcu nie było nic,
ani toalety, baru, sklepu, ale i tak byliśmy zadowoleni, że
był otwarty i trafiliśmy na wolną ławeczkę. Poczekaliśmy na
świt i około 7 ruszyliśmy zwiedzić w ekspresowym tempie to
drugie co do wielkości miasto w Gruzji. Nawet o 7 wszystko
jeszcze pozamykane. Doszliśmy do głównego placu pod pomnik i
teatr i gdy skręciliśmy w lewo zauważyliśmy targ - więc
jednak ktoś wstaje o takiej wczesnej porze. Doszliśmy do mostu,
skąd już pięknie widać było świątynię Bagrati, a raczej
jej ruiny na wzgórzu nad rzeką Rioni. Katedra została
zbudowana w 1003 roku, ale już przed naszą erą na wzgórzu
znajdowały się obronne umocnienia. Kutaisi w okresie zajęcia
Tbilisi przez Turków było stolicą całej Gruzji, później
jednak rezydowali tu tylko królowie jej części - Imereti.
Ogromna katedra została poważnie zniszczona w XVII wieku przez
wojska osmańskie, ale to co pozostało do dziś robi i tak
imponujące wrażenie. Po wąskich schodkach wspięliśmy się na
wzgórze, ale niestety ogrodzone muzeum było zamknięte. Nie
mieliśmy czasu czekać więc znaleźliśmy wyrwę w murze i
weszliśmy do środka. Jedynym problemem okazała się grupka
małych psów strażników, ale po pewnym czasie ujadania doszły
one do wniosku, że to jednak my jesteśmy więksi i dały sobie
spokój. Widoki na rzekę i miasteczko wspaniałe, dodatkowo
podkreślone przez wschodzące słońce. Obeszliśmy ruiny
katedry i innych zabudowań dookoła. Szkoda, że nie mogliśmy
zajrzeć do środka. Nadal raz w tygodniu odprawiana jest w
ruinach msza święta.
Zeszliśmy w dół i po obejrzeniu klasycystycznej Cerkwi
Zwiastowania zakupiliśmy bułeczki we wreszcie otwartym sklepie.
Zaraz znaleźliśmy taksówkarza, który za 10 lari zgodził się
zawieź nas do Gelati i Motsamety.
Jadąc podziwialiśmy majestatyczne, ośnieżone szczyty Kaukazu
na horyzoncie. Po 11 km po górkach dojechaliśmy do kompleksu
Gelati. W roku 1106 król Dawid Budowniczy założył w tym
miejscu akademię prowadzoną przez mnichów, która przez
stulecia była najważniejszym ośrodkiem kulturalno-edukacyjnym
w Gruzji. Utworzona na wzór akademii konstantynopolskiej od
początków istnienia nauczała geometrii, arytmetyki,
astronomii, muzyki oraz gramatyki, retoryki i dialektyki.
Sprowadzeni przez króla uczeni dbali o wysoki poziom nauczania.
Kompleks składa się z trzech świątyni, dzwonnicy i
właściwego budynku akademii. I pomimo zniszczeń w wojnach z
Turkami w XVI wieku został odbudowany już w tamtych czasach
przez króla Bagrata III i prezentuje się rewelacyjnie.
Największe wrażenie robi cerkiew Matki Boskiej, której freski
oddają typowy dla świątyń gruzińskich charakter zdobień. Na
kopule Chrystus Zbawiciel, a na ścianach sceny z życia Jezusa,
Marii i Świętych. Wszystko w bardzo ciepłych kolorach -
dominuje czerwień. Zgodnie z wolą króla Dawida został on
pochowany u stóp swoich podwładnych. Każdy, kto wchodzi przez
południowe wejście musi przejść po jego płycie nagrobnej.
Oczywiście wstęp na teren zabytkowych budowli jak w
większości miejsc w Gruzji darmowy.
Kolejnym etapem wycieczki była Motsameta. Kościółek
położony na skałach, do którego trudno dotrzeć, ale nasz
kierowca dał sobie radę przy przejeżdżaniu przez tory i
wąską dróżkę. Został zbudowany aby upamiętnić masakrę
dokonaną przez Arabów, w której zginęli między innymi Dawit
i Konstantin Mkheidze - książęta Argveti. W cerkiewce znajduje
się grobowiec z ich szczątkami, a każdemu kto przejdzie pod
nim trzykrotnie spełni się życzenie. Kościółek stoi na
bardzo wąskiej, wysokiej skale - nawet nie ma go jak
sfotografować. Porządku pilnują tu dwa dobermany i staruszek
pop z piękną siwą brodą. Piękne podobno freski zostały
zamalowane przez Rosjan niebieską lamperią i dlatego duchowny
myśląc, że jesteśmy z Rosji był bardzo źle do nas
nastawiony. Dopiero Murtaz wytłumaczył mu, że my z Polski, ale
niewiele to pomogło, gdyż nie byliśmy wyznania prawosławnego.
Starałem się podyskutować o zasadach naszych religii i
wytłumaczyć, że katolicy to też chrześcijanie, ale na darmo.
On miał w swojej księdze wymienione ludy chrześcijańskie -
oczywiście tylko o prawosławnej religii i nie było dyskusji.
Zgodził się jednak na fotografię ołtarza, ale niestety sam ze
swoją brodą pozować nie chciał.
Wróciliśmy do Kutaisi, gdzie na dworcu wsiedliśmy do
marszrutki jadącej do Batumi. Półtorej godzinki spaliśmy
oczekując na odjazd, ale w samo południe ruszyliśmy. Bilet za
7 lari. podróż trwała 3 godziny, a po drodze słuchaliśmy
bardzo przyjemnej rosyjskiej muzyczki. Widoki wokół tradycyjnie
już przepiękne - najpierw szczyty Kaukazu, a potem od Poti
wybrzeże Morza Czarnego. Przed samym Batumi serpentynami
wspinaliśmy się wśród zupełnie odmienionej przyrody bardziej
przypominającej kraje tropikalne - palmy, paprocie, bananowce -
zielono jak w piosence na wzgórzach Batumi. W miasteczku
trafiliśmy akurat na uroczystości pogrzebowe żony burmistrza
Batumi, rządzącego całą prowincją Adżarą. Wszyscy
mieszkańcy w odświętnych strojach, mężczyźni w garniturach
z błękitnymi flagami Adżary w klapach. Poszliśmy na
nadmorską promenadę, gdzie skonsumowaliśmy wyśmienite
chacziapuri adżaruli - to z jajkiem na wierzchu. Plaże w
miasteczku nie za bardzo się nam podobała. Postanowiliśmy
jechać do Sarpi -wioski na granicy z Turcją. Taksiarze wołali
za przejazd 25 lari, ale na szczęście spotkaliśmy Bekę.
Usłyszał, że chcemy jechać na plaże i postanowił nam
pomóc. Zapakowaliśmy si do jego Corsy i ruszyliśmy. Po drodze
zwiedziliśmy jeszcze Gonio. Znajdują się tu pozostałości
twierdzy, której początki sięgają V wieku. Już Rzymianie
mieli tu swoje wojska, a legenda mówi, że lądowali tu także
Argonauci w poszukiwaniu Złotego Runa. Aktualnie pozostały
jedynie mury obronne otaczające obszar ponad 1 ha, ale w
obrębie murów uprawiane są warzywa. Nie odmówiliśmy sobie
spaceru po murach. Ciekawe jak twierdza wyglądała za czasów
świetności.
Pojechaliśmy dalej wzdłuż morza i nagle droga się
skończyła. Ogrodzenie przed nami to była już turecka granica.
Byliśmy w Sarpi. Tutaj kamienna plaża, skały wystające z wody
i kryształowo czysta, ciepła woda bardzo zachęcały do
kąpieli. Rozłożyliśmy się zatem na plaży. Czas minął
niestety bardzo szybko. Co ciekawe o 19 słońce grzało jeszcze
bardzo intensywnie. Wróciliśmy do Batumi, z żalem opuszczając
plażę, złapaną na stopa marszrutką. Mieliśy trochę czasu,
więc przespacerowaliśmy się wzdłuż wybrzeża. Dworzec
kolejowy jest dość sporo oddalony od centrum - trzeba więc
odpowiednio wcześnie zaplanować wyjazd. Nasz pociąg
odjeżdżał o 21.30. Po drodze podziwialiśmy jeszcze wspaniały
zachód słońca nad morzem.
![]() |
W Tbilisi byliśmy o 8 rano. Pożegnaliśmy się z Dianą,
zabraliśmy bagaże i wspólnie z Murtazem ruszyliśmy na
południe. O 11 jechaliśmy już marszrutką do Akhaltzikhe. Trzy
godziny jazdy i byliśmy na miejscu. Tak jak planowaliśmy
wzięliśmy taksówkę by jak najwięcej zobaczyć ostatniego
dnia w Gruzji. Niestety wzięliśmy pierwszą z brzegu myśląc,
że dogadaliśmy się co do kasy - 45 lari za całą wycieczkę -
do Sapary, Vardzii i Akhalkalaki. Wprawdzie kierowca coś
marudził, że nie będzie za długo na nas czekał w Vardzii,
ale za bardzo nie wiedzieliśmy o co mu chodzi. Pierwszy punkt
programu to Sapara. Położony w górach przepiękny kompleks
klasztorny datowany na IX-XIII wiek. Cerkiew Saby z XIV wieku
obejrzeliśmy gdy jeden z żyjących tam 9 mnichów otworzył nam
świątynię. Wystrój gruziński - piękne, stare freski, które
jednak czas już nieco zniszczył. Obok stoi mały, ale
najstarszy z zachowanych Kościółek Zwiastowania z X wieku z
kamiennym ikonostasem. Powyżej stoją jeszcze resztki twierdzy.
Widoki wokół na przepiękne góry. Daleko stąd do cywilizacji.
Zjeżdżając z góry nasza łada zaczęła nieco szwankować i
kierowca co chwilę zatrzymywał się dolewając wody do układu
chłodniczego - tak już do końca wycieczki.
Minęliśmy ruiny zamku Khertvisi z X wieku i pojechaliśmy
doliną rzeki Mtkwari do Vardzii. Widoki jak w bajce - kolorowe
skały, popołudniowe słońce i płynąca w dole rzeka.
Minęliśmy jeszcze ruiny twierdzy Tmogvi, do których dostać
się mogą jedynie alpiniści - nie ma już połączenia skały z
drogą. Dość późno, bo około 19 dojechaliśmy do Skalnego
miasta. Aby fotografować Vardzię trzeba jednak przyjechać tu o
wschodzie słońca. Ale nawet po południu wrażenia niesamowite.
Wstęp kosztuje 6 lari. W skalnych jaskiniach już w X wieku
funkcjonowało całe miasto. Nam zwiedzanie zajęło godzinkę,
ale można spędzić tu cały dzień. W XII wieku królowa Tamara
rozbudowała wokół Cerkwi Zwiastowania miasto, w którym żyło
ponad 50 000 ludzi. Cerkiew nadal jest centralnym miejscem
skalnego miasta. Teraz stałych mieszkańców jst znacznie mniej
- żyje tu aktualnie 9 mnichów. Dzięki uprzejmości jednego z
nich - pożyczył nam świeczkę i pokazał drogę - przeszliśmy
z jednego z wyższych poziomów wewnątrz skał około 60 metrów
schodkami w dól, by wyjść sekretnym wejściem do głównej
cerkwi. Szkoda, że dotarliśmy tu tak późno - nie było czasu
zwiedzać dłużej. W drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze
mijaną poprzednio twierdzę Khertvisi. Jest to malowniczo
położony, jeden z najstarszych zamków Gruzji. Weszliśmy do
środka, ale oprócz murów, znajduje się tu jedynie malutka
cerkiew.
Jechaliśmy dalej wzdłuż Mtkwari w kierunku do Akhalkalaki.
Nawierzchnia tragiczna, ale widoki wciąż piękne. Z niewysokich
gór wpadały do rzeki malutkie wodospady. Miłą atmosferę
zaburzył kierowca, który stwierdził, że musimy mu dołożyć
do obiecywanej kwoty jeszcze 5 lari, bo za długo na nas czekał.
Najpierw straszył nas milicją, a w końcu zdesperowany
stwierdził, że wspólnie z kolesiami nie wypuści nas nazajutrz
z miasteczka. Gdy dowiózł nas już do hoteliku - nocleg 7 lari
od głowy stwierdziliśmy, że dla 10 złotych polskich nie
będziemy ryzykować życia i dostał więcej kasy. Tym bardziej,
że był Ormianinem, a w Akhalkalaki 95% ludności to
mniejszość ormiańska. Co ciekawe, ceny w sklepach, na stacjach
benzynowych podawane są w rosyjskich rublach, który jest tu
walutą tak samo obowiązującą jak lari czy dolar. Cóż, uroki
miasteczka przygranicznego.
![]() |
|
Na dworzec autobusowy, lub miejsce o takiej nazwie wyszliśmy dość wcześnie. Marszrutka do Erewania miała odjechać o 8.00. Pożegnaliśmy się z Murtazem fundując mu jeszcze piwko i bilet powrotny do Tbilisi i po skompletowaniu pełnego busa ruszyliśmy na południe. Jechaliśmy jednym wielkim bezdrożem. Dość powiedzieć, że 40 km do granicy zajęło nam 2 godziny, a kierowca częściej jechał poboczem niż "drogą". Około 10 dojechaliśmy do szlabanów w szczerym polu, obok których stało kilka baraczków. Mieliśmy szczęście. Dowódca pograniczników bardzo mile wspominał pobyt w Polsce. Najlepiej pamiętał dwa słowa "szminki, pończoszki". Stwierdził, że Polak i Gruzin to nie narodowości, ale zawody. Wymieniliśmy się telefonami i po miłym pożegnaniu nasz bus ruszył dalej...
[Turcja] [Costa Brava] [Hiszpania] [Babia Góra] [Bieszczady] [Słowacja]
[Kreta] [Słowacki Raj] [Meiningen] [Węgry] [Lublin]
[Szklarska Poręba] [Babia Góra 2001] [Szwajcaria] [Wenecja] [Chorwacja] [Roztocze]
[Londyn] [Syria] [Ukraina] [Kraje Nadbałtyckie] [Słowacja] [Krym] [Rumunia] [Moskwa]
[Maroko] [Paryż] [Azerbejdżan Gruzja Armenia]