Krym 2002


Wyjazd na Krym planowałem już w ubiegłym roku, ale dopiero teraz udało się zrealizować plany. Przy poprzedniej wizycie na Ukrainie zakupiłem już bilety relacji Lwów - Symferopol dla 4 osób, a jeszcze dodatkowo zdecydował się pojechać z nami Olek. W piątek po pracy wyjechaliśmy samochodem do Krakowa.
W Krakowie okazało się jednak, że brak biletów na bezpośredni autobus do Lwowa. Lekko wystraszeni czy zdążymy na nasz pociąg zaczęliśmy kombinować co robić dalej. Dojechaliśmy zatem pospiesznym pociągiem do Przemyśla, gdzie od 22 dworzec był już zamknięty i po pokonaniu torów kolejowych doszliśmy do dworca autobusowego, gdzie wsiedliśmy do pierwszego autobusu na Ukrainę do.... Stryja. Okazało się, że był to dobry pomysł i o 5 rano jechaliśmy pociągiem do Lwowa w wagonie znanej mi już kategorii czwartej za jedyne 2,95 hrywny.
We Lwowie byliśmy 4 godziny przed odjazdem naszego pociągu, więc zdecydowaliśmy się na odrobinę zwiedzania. Zajrzeliśmy do katedry, pospacerowaliśmy po znanych mi już nieco zaułkach i w końcu obejrzeliśmy defiladę z okazji Dnia Niepodległości Ukrainy. Czas minął szybko i musieliśmy wracać na dworzec. My mieliśmy nasz przedział "kupiejny" dla siebie a Olkowi bez problemów udało się załatwić podobny z innymi Polakami bez biletów u kierownika pociągu. Najdziwniejsze, że biletów na pociąg w kasie nie ma od kilku dni, a wolnych miejsc w pociągu prawie połowa .
Podróż trochę dłużyła się - 30 godzin w przedziale to nie mało, ale nawet najmłodszy uczestnik - Krzyś dzielnie znosił trudy jazdy. Zgodnie z wywieszonym rozkładem wiedzieliśmy, na których stacjach pociąg zatrzymuje się dłużej i mogliśmy wyjść rozprostować kości i zakupić piwko. Mieszkający przy stacjach ludzi doskonale znają rozkłady jazdy pociągów i często oferują podróżnym napoje oraz jedzenie - nawet gotowe porcje obiadowe.
Około 15.00 w niedzielę wysiadaliśmy na dworcu w Symferopolu przezornie i jak się później okazało niepotrzebnie zakupiliśmy bilety na podróż powrotną. Następnie wsiedliśmy do autobusu do Sewastopola - pierwszego przystanku na naszej trasie. Bilet za 8 HRN. Po 2 godzinach dojechaliśmy na dworzec autobusowy i zamiast oczekiwanego przez nas tłumu oferujących kwatery znaleźliśmy 4 babki, które proponowały nam różne mieszkania. Dworzec znajduje się dość daleko od centrum, a kwatera którą wybraliśmy była jeszcze dalej i to z drugiej strony miasta. Za 60 HRN od dnia wynajęliśmy w miarę przyzwoite mieszkanko z ogrodem pełnym winogron - czarnych i słodziutkich. Warunki nie były rewelacyjne, ale mieliśmy dwa pokoje, kuchnie, lodówkę, kuchenkę gazową i prysznic na..... dworze. Dobrze, że jest tu dużo słońca, gdyż woda pod prysznicem właśnie od słońca miała się nagrzewać. Jedynie Krzyś kąpał się codziennie w miednicy i gorącej wodzie. Miła gospodyni dała nam klucze, pokazała gdzie są sklepy i więcej już nigdy jej nie zobaczyliśmy. Wybraliśmy się jeszcze na najbliższą plażę, ale nie dość, że była bardzo daleko to okazała się być beznadziejna. Brudny piach i betonowe okolice :(((. Kąpiel zatem odłożyliśmy na później tym bardziej, że zaczęło się już robić ciemno.

Pomnik górujący nad zatoką w Sewastopolu Cerkiew Włodzimierza w Chersonez Krzyś w Chersonez

Następnego dnia, gdy reszta jeszcze spała, poszliśmy z Krzysiem na zakupy. Sklepów w okolicy w bród, a zaopatrzenie nienajgorsze. Za 18 HRN kupiłem pieczywo masło, 30 jaj, 2 kg pomidorów i 2 kg cebuli. Na śniadanie była zatem jajecznica - przeceniłem możliwości ekipy - jaj zostało jeszcze na drugi dzień. Trolejbusem pojechaliśmy do centrum miasta w poszukiwaniu plaży spragnieni kąpieli w morzu. W samym centrum odnaleźliśmy bez problemu Cristal Beach i okazało się, że to kawałek wybetonowanego wybrzeża. Co było robić - po drabinkach weszliśmy do ciepłego Morza Czarnego po raz pierwszy. Dużym plusem plaży były nieduże fale i możliwość skakania do wody z brzegu - od razu było głęboko. Ale opalać musieliśmy się na betonie zbyt leniwi by szukać innej plaży. Gdy zgłodnieliśmy Maciek zaproponował by do centrum na obiad wrócić "na skróty" obok pomnika żołnierzy radzieckich, górującego nad wybrzeżem. Po godzinie łażenia wśród wysypisk śmieci i obok rosyjskich koszar dotarliśmy do linii trolejbusowej i znaną nam już 10 dojechaliśmy do centrum. Za piersi z kurczaka z frytkami, surówką i piwkiem zapłaciliśmy prawie 20 HRN. Rozleniwieni, z pełnymi brzuchami wróciliśmy na pobliską krystaliczną plażę i po odpoczynku jeszcze popływaliśmy. Gdy większość leniuchów zdecydowała się spędzić resztę dnia na plaży, ja i Krzyś poszliśmy zwiedzić trochę miasta. Doszliśmy na wzgórze przy zatoce, gdzie obejrzeliśmy Wieżę Wiatrów, która okazała się być wieżyczką zaledwie i cerkiew Włodzimierza gdzie właśnie trwa remont i jest nieczynne muzeum. Wśród ślicznych klasycystycznych willi doszliśmy na przystanek i pojechaliśmy na kwaterę.

Ruiny w Chersonez Dzwonnica w Chersonez

Ponownie nie czekając na śpiących leniuchów zjedliśmy śniadanko. Poszliśmy potem we dwójkę zwiedzić Chersonez - ruiny greckiego miasta z czasów jeszcze starożytnych. Przy kasie nauczyłem się jednego nie wolno za dużo mówić - "innostańcy" płacą dużo więcej. Niestety tym razem wygadałem się, że jestem z Polski i kupiłem bilet za 10 HRN - na teren całego parku - muzea, ruiny i plaża. Najpierw zajrzeliśmy do muzeów - antycznego i średniowiecznego ze zbiorami wykopalisk i makietami okolicy. Obok muzeum znajduje się cerkiew Włodzimierza, a za nią tereny wykopalisk z zachowanymi kilkoma kolumnami i dzwonem pokazywanym często na zdjęciach z Chersonez. Za kolumnami znajdowała się rewelacyjna, kamienista plaża z czyściutką wodą i nielicznymi turystami. Dla samej plaży warto tu zajrzeć :)). Po powrocie na kwaterę zebraliśmy całą ekipę i pojechaliśmy do centrum. Tu udało mi się namówić wszystkich na wycieczkę morską. Po spożyciu blinów ( naleśników ) za 2,50 HRN wsiedliśmy do mikrobusa, który zawiózł nas do Bałakławy. Cała wycieczka kosztowała nas 40 HRN od głowy, ale mieliśmy zapłacony w tym transport, 3 godzinny rejs i zwiedzanie ruin twierdzy genueńskiej z przewodnikiem. Jedyny problem to fakt, że przewodniczka nadawała po rosyjsku. Ponieważ było nas dość sporo, wycieczkę podzielono - my w szóstkę dostaliśmy małą łódkę z kapitanem Saszą, a Rosjanie popłynęli drugą nieco większą. Najpierw opłynęliśmy zatokę, gdzie nie tak dawno jeszcze tłoczno było od radzieckich łodzi podwodnych. Ponieważ zatoka ma kilkadziesiąt metrów głębokości wpływały one bez wynurzenia do podziemnego miasta w bałakawskim wzgórzu z suchymi dokami do remontu łodzi. Niestety po upadku ZSRR całe wyposażenie podziemnego miasta zostało rozkradzione. My mogliśmy jedynie obejrzeć stojący na powierzchni nieduży i nieźle przerdzewiały okręt podwodny. Obok znajdujących się na wzgórzu ruin twierdzy genueńskiej wypłynęliśmy na otwarte morze. Podziwiając nadmorskie skały dochodzące do 300m wysokości mijaliśmy stateczki dowożące turystów do maleńkich plaż, do których dostęp jest tylko od strony morza. My płynęliśmy dalej, aż do skalnych grot. Najpierw wpłynęliśmy do wąskiej i dość długiej groty, gdzie nawet Krzyś został wrzucony do wody i bez odrobiny strachu wpłynął w swoich pomarańczowych mankiecikach. Następnie dopłynęliśmy wpław do znacznie mniejszej, która okazała się być główną atrakcją. Okazało się, że po przepłynięciu przez podwodny otwór w skale dostać się można do groty znajdującej się wewnątrz skały. Wrażenia były niesamowite. Uznałem, że Krzyś też musi to zobaczyć. Wróciłem więc po niego i bez większych problemów wykorzystując nieco zmieniający się poziom wody przepłynęliśmy wspólnie do podwodnej jaskini. Był nieco wystraszony, ale zachwycony jak i ja. Po powrocie do miasteczka dowiedzieliśmy się sporo o jego historii - głównie o wojnie krymskiej i grabieżnych Anglikach oraz o parowcu Czarny Książe, który zatonął u wybrzeży wyładowany rzekomo złotem dla angielskich żołnierzy. Po 100 latach poszukiwań japończycy odnaleźli 7 złotych monet i to były chyba wszystkie jakie znajdowały się na okręcie. Na koniec wycieczki jako nieliczni wspięliśmy się jeszcze na szczyt z ruinami twierdzy - szkoda tylko, że słońce zdążyło się już schować za horyzont.

Zabytkowa przystań w Sewastopolu Przy grotach w Bałakławie

Wczesna pobudka i tym razem we trójkę, dołączyła do nas Kinga, pojechaliśmy pociągiem do dawnej stolicy tatarskiej Bakczysaraju. Jak zawsze na Ukrainie pociąg wlókł się niemiłosiernie i po 2,5 godzinie dojechaliśmy za jedyne 2,45 HRN do celu. Tutaj zaraz wsiedliśmy do marszrutki w kierunku Starego Goroda i podjechaliśmy za 0,5 HRN aż do ścieżki prowadzącej do Uspieńskiego Monastyru. Trafiliśmy akurat na nabożeństwo i ogromna liczba wiernych uniemożliwiła mi wejście po schodkach w skale do środka. Pospacerowaliśmy więc dalej i po opłaceniu 4 HRN za wstęp doszliśmy do Czufut Kale - skalnego miasta. Nazwa skalne miasto mojemu synkowi skojarzyła się od razu z Fredem Flinstonem i szukał go we wszystkich wykutych w skałach pomieszczeniach. Kilka pieczar z wybitymi oknami i drzwiami dało nam do myślenia na temat warunków w jakich mieszkali tu ludzie. Poszliśmy dalej w górę obok karaimskich świątyń aż do mauzoleum córki chana stojącego obok wspaniałego widoku na wąwóz. Tu również odwiedziliśmy groty skalne, a później powędrowaliśmy do baszty, gdzie spotkaliśmy grupę Polaków. Po krótkim odpoczynku wróciliśmy na dół. W drodze powrotnej udało się już wejść do Monastyru, gdzie umieszczona w skale świątynia ujęła mnie swą prostotą i modlitewnym nastrojem. Pojechaliśmy do pałacu chanów w centrum miasta. Tu obejrzeliśmy dziedziniec i minarety, ale zniechęceni przez kolegów zrezygnowaliśmy ze zwiedzania wnętrz, które podobno nie są interesujące. Do Sewastopola wróciliśmy już autobusem tylko godzinka za 3,50 HRN.

Skalne miasto Czufut Kale Schody doi Monastyru Uspieńskiego Pałac Chanów w Bakczysaraju

Kolejny dzień był dniem tranzytowym. Zapakowaliśmy się do autobusu do Jałty i przez 2 godzinki podziwialiśmy widoki jadąc wzdłuż krymskiego wybrzeża. W Jałcie bardzo szybko przesiedliśmy się do trolejbusu nr 53 w kierunku Ałuszty - naszego celu podróży. Swoją drogą nie wiem czy jest gdzieś na świecie dłuższa linia trolejbusowa niż ta z Jałty przez Ałusztę do Symferopola. Gdy wysiedliśmy na dworcu zaraz obległo nas kilkanaście osób oferujących kwatery. Kiedy chodziliśmy oglądać proponowane mieszkania napór na siedzących przy bagażach był coraz większy a oferujących nocleg coraz więcej. W końcu zdecydowaliśmy się na pierwsze obejrzane przeze mnie mieszkanie za 50 HRN na dobę - dwa pokoje, kuchnia, lodówka, telewizor i tradycyjnie już prysznic na dworze. Po obiadku poszliśmy na plażę i ta nieco mnie rozczarowała. Pomijając ogromne fale - kamienie na plaży, a przede wszystkim tłumy turystów. Ostatecznie rozłożyliśmy się nieco poza centrum na trawie w parku przy plaży. Krzysiowi nie przeszkadzały dwumetrowe fale i przewracany przez wodę na piaszczyste dno co chwila biegał zażywać kąpieli. Ostatnią atrakcją dnia był skorpion znaleziony w zlewie - dopiero po kilku dniach dowiedzieliśmy się, że tutejsze skorpiony są niejadowite - podobno :))).

Lenin na głównym placu Jałty Sztorm w centrum Jałty

Tradycyjnie już ja i Krzyś obudziliśmy się znacznie wcześniej niż reszta i już o 8.17 jechaliśmy trolejbusem ( 2.04 HRN ) zwiedzać Jałtę. Na dworcu przesiadka w autobus 27 i dojechaliśmy do Liwadii. W zasadzie to wysiedliśmy przy trasie na Sewastopol i do samego parku przedzieraliśmy się leśnymi ścieżkami. Zieleń drzew, koloryt kwiatów, błękitne niebo to wspaniała sceneria dla białego pałacu, w którym w 1945 roku odbyła się konferencja jałtańska. Obejrzeliśmy nawet figury woskowe trzech przywódców - Stalina, Roosvelta i Churchila, a w drugiej sali carskiej rodziny Romanowów. Zwiedziliśmy jeszcze kaplicę z tyłu pałacu i dziwnym wejściem dotarliśmy na 2 piętro, gdzie jednak dość szybko wytłumaczono nam, że trzeba wrócić na dół do kasy. Po spacerku po parku liwadijskim wróciliśmy do trasy i tu wsiedliśmy do marszrutki, która podwiozła nas do Polany Bajek. Od trasy trzeba było trochę dojść do położonej u stóp gór doliny, w której znajdują się liczne figurki z przeróżnych bajek i zoo. Największą atrakcją jest żywa Baba Jaga w obracającej się chatce na kurzej nóżce, ale inne figurki też bardzo dzieciakowi podobały. Tuż obok znajduje się zoo, gdzie zgromadzono zaskakująco dużo gatunków zwierząt na dość niewielkiej powierzchni. Bilety na Polanę jak i do zoo po 6 HRN.
Zanim spotkaliśmy się z resztą grupy w centrum kurortu odwiedziłem jeszcze katolicki kościół oraz cerkiew Ripsime na wzgórzu. Już wszyscy razem poszliśmy na jałtańską plażę - podobnie jak w Ałuszcie kamienistą. Z powodu sztormu musiałem zrezygnować z rejsu do Jaskółczego Gniazda, ale nie zrezygnowaliśmy z kąpieli. O ile ja i Krzyś walczyliśmy z 3 metrowymi falami bez konsekwencji to Pawła sponiewierały one dość poważnie - dobrze że skończyło się na obdartym brzuchu.
Odwiedziliśmy jeszcze prześliczny Sobór Aleksandra Newskiego i w drodze do Ałuszty zwiedziliśmy ogrody botaniczne w Nikicie. Jak i park tak drzewa tam posadzone mają już 200 lat i można zachwycać się ogromnymi cedrami, sekwojami, palmami i lasem bambusowym. Szkoda tylko, że mieliśmy mało czasu, ale powoli zapadał zmrok. Po półgodzinnej wspinaczce do trasy udało się nam złapać trolejbus i późnym wieczorem byliśmy na kwaterze.

Pałac w Liwadii Gdzie się podziała Sierotka Marysia

Pomimo trudności żołądkowych u mnie i Olka zdecydowaliśmy się na górską wycieczkę. Ponieważ autobus z Ałuszty do Łuczistoje odjeżdża co 3 godziny, a my nie zdążyliśmy na ten o 8.00 i musieliśmy wykombinować inny środek lokomocji. Za 25 HRN zapakowaliśmy się w szóstkę do jednej taksówki i pojechaliśmy pod masyw Demerdżi - cel naszej wędrówki. Zamiast zaczynać przy stadninie koni za namową taksiarza chcieliśmy sobie skrócić drogę i ruszyliśmy w górę od cmentarza obok wioski. Może było krócej, ale nie było tu żadnej ścieżki i musieliśmy wspinać się pod górę po obsuwającym się spod nóg żwirze. Gdy dotarliśmy do ścieżki zrezygnowaliśmy z ostrego podejścia i szlakiem nieco otoczyliśmy górę. po 2,5 godzinie wspinaczki wśród niesamowitych widoków na Czatyrdach, Roman Kosz i okoliczne skały zdobyliśmy szczyt Demerdżi Południowy. Nie byliśmy jedynymi turystami gdyż z drugiej strony od Przełęczy Angarskiej wjechali tu motocykliści - tam trasa była chyba nieco łatwiejsza. Rewelacyjne widoki na krymskie góry powoli zaczęły zasłaniać nam chmury i zrobiło się nagle zimno. Ruszyliśmy zatem w dół tym razem już przez Dolinę Przywidzeń do centrum Łuczistoje. Nazwa doliny pochodzi od różnokształnych skał pomiędzy którymi schodziliśmy dość zmęczeni - ja z dzieciakiem na plecach. Po drodze minęliśmy miejsce gdzie można wynająć konie i między skałami pojeździć wierzchem. Wielu turystów przyjeżdża tu zbierać laskowe orzechy, których my jakoś nie zauważyliśmy.

Droga na Demerdżi W Dolinie Przywidzeń

Tym razem schorowany Maciek został na kwaterze a reszta po ryżowym śniadanku pojechała do Massandry, by obejrzeć pałac cara Aleksandra III. Od trasy Ałuszta - Odessa trzeba było dojść spory kawałek drogi. Położony w parku XIX-wieczny pałac prezentował się nieźle, a 200-letnie cedry przed wejściem sięgały prawie nieba. Po zakupie biletów za 6 HRN - już tradycyjnie bez zbędnych słów i dyskusji jako Rosjanie - weszliśmy na kilka minut do środka. Skromne XIX-wieczne wnętrza nie robiły na nas wrażenia - może oczekiwaliśmy zbyt wiele?
Jeden z pasażerów trolejbusu polecał nam odwiedzić Karasan - miejscowość nadmorską. Spodziewając się pięknej plaży z wieloma trudami dojechaliśmy w końcu "autostopem" Ładą Samarą za 10HRN nad morze i tu lekkie rozczarowanie - plaża betonowa. Pograliśmy w karty, popływaliśmy i w końcu wdrapałem się z Krzysiem na górującą nad plażę skałę, gdzie znajdują się sanatoria. Tu dopiero można spojrzeć na piękne krymskie wybrzeże - między innymi Aju-dah. Szkoda, że często wrażenie psują betonowe bloki hotelowe.

Pałac Aleksandra w Massandrze Pałac w Ałupce

Ponownie tylko we dwójkę pojechaliśmy z Krzysiem na wycieczkę do Ałupki. Z Jałty marszrutką nr 27 za 2,5 HRN. Przechodząc przez park doszliśmy do pałacu, który lekko mnie zadziwił. Spodziewałem się skromnej budowli, a tu ogromny pałac w angielskim stylu z wieżami obronnymi zaprojektowany przez Anglika, który o dziwo nigdy tu nie był. Pięknie po rosyjsku poprosiłem o bilet za 6 HRN ( dla innostrańców 14HRN ). Pałac zwiedza się tylko z przewodnikiem, a jest co zwiedzać. Prawie godzinkę oglądaliśmy wnętrza pałacu rosyjskiego gubernatora Woroncowa, jednego z bogatszych ludzi w Rosji początków XIX wieku. Według przewodniczki styl pałacu to Anglia XVI wieku i Rosja XIX. W czasie konferencji jałtańskiej w 1945 roku mieszkała tu delegacja angielska i jej członkowie z Churchilem na czele byli pałacem zachwyceni. Bogato zdobione sale - chińska, niebieska, bilardowa, liczne obrazy, rzeźby podobać się muszą każdemu. Równie piękne są ogrody pałacowe z widokami na góry z jednej i morze z drugiej strony. Kamienista plaża przy pałacu zachęcała do kąpieli, my jednak pojechaliśmy z powrotem do Jaskółczego Gniazda. Można tu dostać się pieszo od trasy Ałupka - Jałta i tak dostaliśmy się w okolicę tego małego pałacyku na skale, w którym mieści się restauracja. Wymagało to trochę wysiłku - trzeba przejść po schodach około 2 kilometrów. Prostszym sposobem jest rejs stateczkiem z Jałty co dodatkowo umożliwia spojrzenie na pałacyk od strony morza. Aby wejść na skałę, gdzie znajduje się budowla trzeba zapłacić 2HRN. Obok Jaskółczego Gniazda znajduje się cudna plaża, ale niestety jest udostępniana tylko pensjonariuszom sanatorium. Dalej popłynęliśmy już statkiem - za 9HRN kupiłem bilet do Gurzufa. Niestety ponownie wspaniałe widoki na wybrzeże psują liczne betonowe hotele. W czasie przesiadki w Jałcie spotkaliśmy grupę polskich turystów z Poznania, którzy jak my zwiedzali Krym od Sewastopola. Oni jednak spali w namiotach, które niestety trzeba było nosić na plecach. Nie wiem czy przy niskich cenach za noclegi jest to najlepsze rozwiązanie. W Gurzufie w końcu poszliśmy na plażę i ponieważ nie mieliśmy przepustki z sanatorium trzeba było zapłacić 2HRN za wstęp. Wśród pięknych widoczków na Aju-dah i skały w morzu odpoczęliśmy i popływaliśmy w spokojniejszym już nieco morzu. Po krótkim spacerku wśród ciasnych uliczek miasteczka będącego niegdyś ulubionym miejscem artystów spędzających czas na Krymie - bywał tu również Mickiewicz. Nie tak łatwo stąd wyjechać - najpierw mała wspinaczka uliczkami do przystanku, potem przejazd marszrutką do trasy i w końcu trolejbus do Ałuszty. Tym razem zamiast piwka nasennie wypiliśmy słodkiego winka za jedyne 12HRN za litr - pycha.

Pałac w Ałupce Jaskółcze gniazdo Skoki do "wanny młodości"

Po raz drugi pojechaliśmy na wycieczkę organizowaną. Za 55 HRN od głowy wsiedliśmy do marszrutki, a celem naszej wyprawy był Wielki Kanion. Całą drogę z Ałuszty do Jałty nawiedzony przewodnik nadawał po rosyjsku o miejscach mijanych przez nas, które my już wcześniej zwiedziliśmy. po godzince dojechaliśmy do dolnej stacji kolejki linowej na Aj-Petri. Bilety za 10 HRN my mieliśmy już zapłacone w cenie wycieczki. Kolejka pokonuje prawie 1000 metrów wysokości wyjeżdżając na ponad 1200 metrów n.p.m.. Widoczki w tracie jazdy i na górze rewelacyjne. Na górze, gdzie można też dojechać od drugiej strony samochodem, mieliśmy czas wolny by skosztować wyśmienitych win o wyjątkowym aromacie - można się upić w trakcie degustacji. Sprzedających masa - ceny znacznie wyższe niż nad morzem - litr 20 HRN. Również bardzo dużo barów, w jednym z których skosztowaliśmy zupy z baraniny i baranich szaszłyków. Nasz minibus czekał na nas i przez Aj-petrińską jajłę zawiózł nas do ujścia Wielkiego Kanionu, który nie okazał się być aż tak wielki. Celem naszej wędrówki była "wanna młodości". Po dość wyczerpującym przejściu dla niektórych uczestników doszliśmy do niej. W górskiej rzeczce, która po opadach zamienia się czasem w dużą rzekę, znajduje się wypełniony wodą dół o głębokości ponad 6 metrów. Po krótkiej wędrówce powyżej wanny, gdzie zorganizowane wycieczki nie przechodzą, wróciliśmy by wykąpać się w "wannie" w celu uzyskania wiecznej młodości. Skoki ze skał do wody o temperaturze 9 stopni Celsjusza były ogromną frajdą. Odmładzaliśmy się 4 razy. Przy tak niskiej temperaturze można wytrzymać w wodzie zaledwie kilka sekund, ale orzeźwieni byliśmy na długo. Oczywiście wśród kąpiących się nie mogło zabraknąć i Krzysia. Po małej próbie w płytszej wodzie stwierdził - tatusiu jeszcze. Wrzuciłem go więc do głębokiej "wanny" i wynurzył się z wody zachwycony. Do busika wracaliśmy już wzdłuż rzeki, a szlak nieco przypominał mi te ze Słowackiego Raju - tylko tu nie było drabinek.

Aju-dah ( Niedźwiedź ) Masyw Aj-Petri

Ponieważ poprzedniego dnia wieczorem nieźle popadało nie liczyliśmy na dobrą pogodę i już wcześniej kupiliśmy bilety do Sudaka. Na dworcu jednak po burzliwej dyskusji zmieniliśmy nasze plany i wróciliśmy do pierwotnego planu zdobycia Czatyrdahu. Zostawiliśmy bagaże w przechowalni za 0,9 HRN, oddaliśmy bilety - potrącili po 3 HRN i kupiliśmy nowe na 16.30 za 9 HRN. Krzyś, Kinga i Paweł pojechali na plażę, a ja, Olek i Maciek wsiedliśmy do trolejbusu, który dowiózł nas do Przełęczy Angarskiej ( 752m n.p.m. ). Ponieważ w przewodniku trasę oceniano na 3 godziny narzuciliśmy dość spore tempo. Byliśmy bez bagaży co znacznie ułatwiło zadanie. Zabłądzić się nie dało - z mapy korzystaliśmy tylko kilka razy. Początkowo miły spacerek przez piękny las bukowy, a potem już wspaniałe widoki nad piętrem lasów na okoliczne góry i sam szczty Ekizi-Burun (1527m n.p.m. ) będący drugim co do wysokości szczytem Krymu. Na szczyt doszliśmy po 1,5 godzince intensywnego marszu i po krótkim odpoczynku uciekaliśmy w dół przeszywani chłodnym wiatrem. Kolejne 1,5 godzinki i byliśmy na przełęczy z powrotem, skąd trolejbus zabrał nas do Ałuszty. Zdążyliśmy zatem jeszcze na obiadek do niedrogiej jadłodajni Bambukas i na krótką kąpiel do morza wśród znów ogromnych fal.
Zamiast spodziewanego przez nas autobusu podjechał minibusik i kierowca nawet nie chciał słyszeć o zabieraniu nas z plecakami. Zrobiliśmy więc małą awanturę, pokazaliśmy, że w kasie sprzedano nam bilety na bagaż i na prawie na siłę zaczęliśmy się pakować do busika. W końcu kierowca ustąpił i rozlokował plecaki po całym busie. Zrozumiałem jego zdenerwowanie w czasie 2,5 godzinnej jazdy wzdłuż dzikiego wybrzeża krymskiego. Plecaki przeszkadzały zabierać większe ilości pasażerów, za których przewóz brał do własnej kieszeni. Nikomu nie przeszkadzało, że bus był pełny. Mijaliśmy prześliczne, nieskażone cywilizacją okolice, w które warto się wybrać pod namiot własnym samochodem. Do Sudaka dojechaliśmy gdy słońce właśnie chowało się za horyzont.
Ponieważ nie planowaliśmy dłuższego pobytu znaleźliśmy kwaterę blisko dworca za 6 HRN od osoby. Po raz pierwszy mieliśmy na kwaterze łazienkę z prawdziwego zdarzenia - była nawet sauna.

Widok na masyw Czatyrdah z Demerdżi W trakcie wspinaczki na Czatyrdah

Do centrum Sudaka z dworca jest spory kawałek drogi i do twierdzy genueńskiej dojechaliśmy marszrutką za 1,5 HRN. Bilety do zamku 4 HRN. Twierdza prezentuje się rewelacyjnie zwłaszcza z oddali. Mury otaczają całe nadmorskie wzgórze. Najpierw we wschodniej części obejrzeliśmy kościół i najlepiej zachowaną wieżę obronną. Stąd też roztaczają się piękne widoki na miejską plażę w Sudaku. Co dziwne chodząc po dość wysokich murach nie ma tam żadnych zabezpieczeń. Każdy dba o swoje zdrowie i bezpieczeństwo sam. Do najwyższej części zamku dochodzimy od drugiej strony twierdzy, skąd rozpościera się piękna panorama na skały Sokoła i Nowy Świat.
Czekaliśmy dość długo na marszrutkę, ale w końcu wzięliśmy za 10 HRN taksówkę do Nowego Świata. Kiedyś był to podobno kurort radzieckich prominentów i kosmonautów, ale teraz każdy może wylegiwać się na plaży z widokami na skały 500 metrowej góry Sokół z jednej strony i znacznie niższe Koba-Kaja z drugiej.
Ekipa podziwiała widoki z dołu, a ja postanowiłem zobaczyć jak wygląda to z góry. podejście było krótkie, ale dość strome. Zabrało mi około godzinki, ale udało mi się nie zabłądzić mimo braku mapy. Widoki z góry prześliczne. Z jednej strony twierdza w Sudaku a z drugiej krymskie góry, zatoka w Nowym Świecie i Koba-Kaja.
Po powrocie kąpiel z Krzysiem i ponieważ było dość wcześnie postanowiłem wejść również na Koba-Kaja z drugiej strony zatoki. Górka ma zaledwie 165 metrów i po pół godzince była moja. Za nią rewelacyjne widoki na trzy zatoki Zieloną, Rozbójnicką i Błękitną i podobno słynną Carską Plażę. Można tam przejść również wzdłuż brzegu dołem, ale na to już brakło mi czasu. Pogoda trochę się pogorszyła i zrobiło się późno wróciliśmy zatem na kwaterę.

Widok na Sokół z Koba-Kaja Zatoki w Nowym Świecie

Tym razem postanowiłem wykonać fotografie o wschodzie słońca i obudziwszy się o 5 rano zrobiłem sobie godzinny spacerek na plażę w Sudaku. Stanąłem na wychodzącym w morze falochronie obok ostro dyskutujących po rosyjsku wędkarzy i czekałem, aż słońce oświetli zamek na skale wznoszącej się nad plażą. Kilka fotek i trzeba było wracać do śpiącego towarzystwa. Zrobiłem im pobudkę, zjedliśmy śniadanko i o 9.40 już siedzieliśmy w autobusie do Teodozji ( inna nazwa miasta to Fedocja ). Poszukiwania noclegu tym razem były nieco dłuższe - ofert nie brakowało, ale ponownie dworzec był oddalony znacznie od centrum miasta i proponowane kwatery nie zachwyciły nas. W końcu zdecydowaliśmy się na mieszkanie w blokach w pobliżu dworca za 8 HRN od osoby. Na plażę mieliśmy blisko i wreszcie była to plaża piaszczysta, szeroka - taka do jakiej przyzwyczajeni jesteśmy w Polsce. Obok plaży jadłodajnia z domową kuchnią - obiady za 5-10 HRN oraz sprzedający winko. Wieczorem pospacerowaliśmy jeszcze po centrum pięknego kurortu.

Zamek w Sudaku Kara Dag

Za 40 HRN wybraliśmy się na wycieczkę morską do Kara Dag - rezerwatu wulkanicznych skał ze słynnymi Złotymi Wrotami. Najpierw obejrzeliśmy ruiny twierdzy w Teodozji od strony morza, potem skalne wybrzeża według słów przewodniczki z obserwatorium życia pozaziemskiego. Po 2 godzinach dopłynęliśmy do wyrastających z morza na ponad 300 metrów skał Kara Dagu. Przepłynęliśmy oczywiście pod Złotymi Wrotami wypowiadając życzenia, które na pewno się spełnią. W jednej z zatoczek zatrzymaliśmy się na godzinną przerwę. Zażywaliśmy kąpieli najpierw pod niewielkim wodospadem spadającym ze skał, potem w morzu, a w końcu w słońcu. Opalanie kontynuowaliśmy w trakcie drogi powrotnej na stateczku. W Teodozji udaliśmy się na dworzec i tu po wielu perypetiach i wypełnieniu licznych formularzy wymieniliśmy nasze bilety powrotne do Lwowa z bezpośrednich na takie z przesiadką w Odessie. Zamiast spędzać półtora dnia w pociągu lepiej jechać dwie noce, a dzień przeznaczyć na zobaczenie jeszcze jednego kawałka Ukrainy. Dopłacić musieliśmy jedynie 15 HRN.

Wejście do Carskiego kurhanu Twierdza Jennikale

Tym razem we trójkę - ja, Krzyś i Paweł wstaliśmy wcześniej by pojechać do Kerczu. Kinga z Maćkiem postanowili spędzić dzień na plaży, a Olek już tego dnia wyjeżdżał w drogę powrotną do Polski. O 6.20 miał odjeżdżać autobus z dworca, ale po pół godzinie oczekiwań poszliśmy na dworzec kolejowy, gdzie jednak też nie było żadnych połączeń. Gdy chcieliśmy kupić bilety na następny autobus na 8.10 kasjerka radziła jeszcze poczekać na "nikołajewski" z 6.20 i miała rację. Tuż po 7.00 podjechał autobus, który za 9,60 HRN zabrał nas do Kerczu. Okazało się, że nasze miejsca były klasy bussines. Gdy oparliśmy się o nie poleciały do tyłu zatrzymując się dopiero na siedzeniach za nami. Takiego luksusu w autobusie jeszcze nie pamiętam. Dobrze tylko, że za nami nikt nie siedział. Około 9.00 byliśmy na dworcu w Kerczu, który nieco różnił się od innych dworców na Krymie. Wkoło pełno było sklepików i reklam, a do centrum jak się potem okazało było całkiem niedaleko. My niestety wsiedliśmy w marszrutkę nr 5, zgodnie z radą tubylca i zamiast wysiąść po 2,3 przystanakach pojechaliśmy do końca trasy. Trzeba było po kolejnej konsultacji przejechać z powrotem do miasta. Tu widząc jakieś wzgórze wysiedliśmy. Pytaliśmy o Carski Kurhan, ale nikt nie wiedział za bardzo o co nam chodzi. W końcu pytając o drogę trafiliśmy na lekko wypitego, przemiłego tubylca Paszę wracającego po całonocnej pracy i imprezie w nocnym lokalu, który postanowił zostać naszym przewodnikiem. Po ogromnych schodach - około 400 stopni, wspięliśmy się na górę Mitridat - Pasza liczył stopnie, ale szło mu ciężko. Na szczycie pomniki bohaterów desantu z czasów drugiej wojny światowej, a dokoła widoki na miasto. Pasza opowiadał nam dużo o zakładach produkcyjnych, portach. Dowiedzieliśmy się, że w ostatnim czasie liczba mieszkańców spadła ze 190 tys do 120 tys , gdyż reszta wyjechała za chlebem do Rosji. Jak stwierdził w Kerczu można być albo marynarzem, albo bandytą, dlatego on uczy się w szkole morskiej. Na jednym ze zbocz góry obejrzeliśmy ruiny Pontikapajonu - miasta z VI wieku p.n.e. Po zejściu z góry poszliśmy obejrzeć cerkiew Św. Jana Chrzciciela z VIII wieku. Akurat trwało nabożeństwo i mogliśmy obejrzeć ubranych w odświętne stroje popów i żebrzących przed wejściem żebraków. Dalej poszliśmy na plac ze złotym gryfem, pod którym rozmieszczono woreczki z ziemią z wielu radzieckich miast-bohaterów. na placu akurat odbywała się antyukraińska demostracja zwolenników przyłączenia Krymu do Rosji. Nie wiedzieć czemu wśród uczestników sami emeryci. Pasza był tak miły, że zaprosił nas jeszcze na dwa piwka, po spożyciu których zacząłem się martwić czy trafi do domu. Zapewniał nas, że bez problemu i był rozczarowany, że nie przyjęliśmy jego zaproszenia na obiad. My jednak podziękowaliśmy mu serdecznie za pomoc i poszliśmy w kierunku dworca, by zwiedzać dalej. Na dworcu zapytaliśmy o dojazd do Jennikale, gdzie chcieliśmy obejrzeć ruiny twierdzy tureckiej. Od skrzyżowania, gdzie nas wysadzono trzeba było dojść około 2 kilometrów, ale nie stanowiło to dla nas problemu. Przy twierdzy, którą okazała się być baaardzo malutka wykąpaliśmy się w morzu i weszliśmy na mury i do wieżyczek - nie było to wielkim wysiłkiem. Po powrocie do centrum marszrutką nr4 pojechaliśmy do Carskiego Kurhanu. Znów dość sporo musieliśmy dojść pieszo, ale gdy ujrzeliśmy w polach kopiec ziemi z dość nowoczesną chałupką i anteną satelitarną oraz biegnące we wszystkie strony liczne linie wysokiego napięcia nie mogliśmy uwierzyć, że to tu. Okazało się, że przy chałupce znajduje się kasa a kopiec to kurhan. Zapłaciliśmy po 2 HRN ( innostrańcy 10 ) i weszliśmy do środka. Mówiąc szczerze spodziewałem się czegoś więcej. Mający 2400 lat grobowiec jest chyba większą atrakcją dla miłośników archeologii. Największe wrażenie robią fragmenty napisów i płaskorzeźb na kamieniach ułożonych przed grobowcem. Obejrzeliśmy jeszcze z okien autobusu kamieniołomy adżimuszkańskie i pojechaliśmy do centrum. Po obiedzie Krzyś namówił nas jeszcze na czeskie wesołe miasteczko, gdzie polatał na latających donaldach i o 18.00 wsiedliśmy już do autobusu powrotnego do Teodozji. Okazało się, że to ten sam autobus, który nas tu przywiózł. Zajęliśmy więc oczywiście te same miejsca leżące i cała drogę powrotną przespaliśmy.

Cerkiew Św.Jana w Kerczu Twierdza Akermańska Opera w Odessie

Ostatniego dnia na Krymie pojechałem jeszcze wcześnie rano zwiedzić Teodozję. Dojechałem marszrutkami do ruin twierdzy genueńskiej. XIV-wieczny kompleks został prawie całkowicie zdewastowany. Baszta Klemensa i baszta Krisko połączone murem i ormiańskie cerkiewki wydają się być zapomniane przez cały świat. Nie ma tu turystów i instytucji zajmujących się zabytkami. Nie ma żadnych kas, nie ma ogrodzeń. Pospacerowałem po ruinach około pół godzinki - po drugiej stronie murów obronnych znajdowało się podwórko, na którym facet ciął właśnie blacharkę samochodową. Cała ta stara dzielnica Teodozji jest w odróżnieniu od nadmorskiego centrum bardzo zaniedbana. Po wielu trudach odnalazłem zamknięte niestety meczet i XV-wieczną cerkiew św. Sergiusza z równie starą dzwonnicą. Obok cerkwi znajduje się grób najsłynniejszego artysty Teodozji - malarza marynisty Ajwazowskiego. Spacerując do centrum obejrzałem jeszcze basztę Konstantyna z XV wieku i fontannę Ajwazowskiego. Przy nadmorskim deptaku zwiedziłem jeszcze dom artysty - wstęp 9 HRN. Dużo tam obrazów głównie o tematyce morskiej oraz licznych pamiątek po malarzu.
Wróciwszy do reszty zastałem ich już na plaży i sam skorzystałem jeszcze z kąpieli morskiej - po raz ostatni jak się potem okazało w tym roku. Na dłuższe wylegiwanie nie było za bardzo czasu i po obiedzie dość szybko marszrutką pojechaliśmy do Symferopola, gdzie bez problemów zapakowaliśmy się do pociągu do wagonu "kupiejnego" i dość szybko zasnęliśmy.

Ruiny twierdzy w Teodozji Zamek wysoki w Akermanie

W Odessie byliśmy o 7.00 i zaraz po zostawieniu bagażu w przechowalni wsiedliśmy do marszrutki odjeżdżającej do Białogrodu za jedyne 7 HRN. Po pokonaniu 100 kilometrów w ciągu półtorej godzinki próbowaliśmy znaleźć busa do zamku akermańskiego, ale okazało się, że takich połączeń nie ma. Wzięliśmy zatem taksówkę i kosztowała nas ona 1 HRN od głowy. Twierdza Akerman była w przeszłości bardzo istotna strategicznie. Leżąc u ujścia Dniestru pozwalała kontrolować żeglugę po nim. Jej historia sięga XIII-XIV wieku. Wybudowana przez mołdawskiego władcę Stefana dość szybko wpadła w ręce Turków, którzy znacznie ją rozbudowali. Składa się ona z zamku dolnego, którego mury obejmują znaczny obszar, średniego i wreszcie wysokiego. Zapłaciliśmy za wstęp po 1 HRN ( innostrańcy 6 HRN ). Co dziwne na terenie całego zamku żadnych pilnujących. Wspinaliśmy się zatem po murach gdzie tylko chcieliśmy, nawet po pokonaniu dość wysokiego muru wspięliśmy się z Pawłem na baszty zamku wysokiego. Trochę trudniej było zejść, ale przeżyliśmy ten eksperyment. Zeszliśmy jeszcze do rzeki by obejrzeć zamek od drugiej strony i wykonać pamiątkowe fotki.
Po powrocie do Odessy najpierw trochę pobłądziliśmy w tym dużym mieście, potem zaczęło padać ale w końcu trafiliśmy pod operę, skąd rozpoczęliśmy zwiedzanie. Niestety do środka opery nie wpuszczono nas, a akurat wychodziy z niej tłumy Anglików po przedstawieniu. Dalej doszliśmy do Nowej Giełdy i stąd i obok pomnika Puszkina spacerowaliśmy dalej nadmorskim bulwarem. W końcu dotarliśmy do słynnych Schodów Potiomkinowskich, które jednak bardzo nas rozczarowały. Dobrze że przynajmniej ciekawe były stąd widoki na port z ogromnym statkiem pasażerskim. Kolejne rozczarowanie to rozsypujący się Pałac Woroncowa - niedługo nie będzie chyba co oglądać. Powoli ruszyliśmy w stronę dworca i przed zmrokiem usadowiliśmy się już w pociągu do Lwowa.

Odessa - co tam schowali w środku Przed hotelem w Odessie

We Lwowie byliśmy rano i pomimo planów zakupowych szybko pojechaliśmy na dworzec autobusowy znacznie oddalony od centrum. Po krótkich targach zapłaciliśmy taksiarzowi 12 HRN. Autobus do Krakowa właśnie odjeżdżał - zdążyliśmy w ostatniej chwili. Nie wiem jak opłaca się jeździć na tej linii, ale razem z kierowcami było nas wszystkich 10 osób. Granica minęła bez problemów i z przesiadką w Krakowie do naszego autka jeszcze tego wieczora wróciliśmy do domów.

Jesli chcesz zobaczyc wiecej zdjec z wycieczki na Krym kliknij tutaj.

Piotr Bułacz


[Strona główna]

[Turcja] [Costa Brava] [Hiszpania] [Babia Góra] [Bieszczady] [Słowacja]

[Kreta] [Słowacki Raj] [Meiningen] [Węgry] [Lublin]

[Szklarska Poręba] [Babia Góra 2001] [Szwajcaria] [Wenecja] [Chorwacja] [Roztocze]

[Londyn] [Syria] [Ukraina] [Kraje Nadbałtyckie] [Słowacja] [Krym] [Rumunia] [Moskwa]

[Maroko] [Paryż] [Azerbejdżan Gruzja Armenia]