MAJÓWKA W PARYŻU 2003


Tym razem wycieczka miała charakter rodzinny w szerokim tego słowa znaczeniu. Do Paryża wybraliśmy się w 8 osób: ja z Krzysiem, brat Janusz z żoną Agnieszką i Kacprem, brat Paweł i bardzo daleki kuzyn Marcin ze świeżo poślubioną żonką Renatą.
Ilość uczestników wymogła na nas jazdę dwoma samochodami. Wyjeżdżając o 7.00 po pokonaniu 1100 kilometrów dojechaliśmy po 12 godzinach do pierwszego punktu wycieczki - Amsterdamu. Pozostało tylko znaleźć nocleg. Na kempingu Gasper wbrew informacjom z internetu nie mieli niestety domków, ale miła pani w recepcji zaproponowała nam zakup namiotu, albo niedrogi hotel obok za jedyne 130 euro za dwójkę. Zrezygnowaliśmy z jednego i drugiego. Uzyskaliśmy od niej jeszcze telefony do innych amsterdamskich kempingów i o dziwo po pierwszym telefonie mieliśmy zarezerwowane dwa domki na kempingu Het Amsterdamse Bos (tel. 020 - 641 6868). Po dotarciu na miejsce okazało się, że nasza czwórka nie była najgorsza - nawet z ogrzewaniem, ale dwójka dla młodej pary to szopka 2x2m z pryczami zajmującymi prawie całą powierzchnię. Zapłaciliśmy po 11euro od osoby, a po piwku i herbatce w niezłej kempingowej knajpce ruszyliśmy jeszcze na nocne zwiedzanie Amsterdamu.
Dość długo szukaliśmy miejsca do zaparkowania samochodów oglądając miasto z okien samochodów, ale w końcu wjechaliśmy na podziemny parking przy dworcu kolejowym - 3 euro za godzinę. Spacerując doszliśmy do głównego placu przed pałac królewski, gdzie akurat porozstawiane były różne karuzele. Obejrzeliśmy zatem Amsterdam nocą z gondoli ogromnego młyńskiego koła - frajda dla naszych pięciolatków - jedna z wielu w czasie tej wycieczki. powłóczyliśmy się jeszcze trochę po ulicach, wzdłuż kanałów i trzeba było wrócić na kemping.

Amsterdam znany jest z chodaków... ..rowerów i kwiatów

Przed wyjazdem zapragnęliśmy jeszcze zobaczyć Amsterdam za dnia. Parking w tym samym miejscu i spacer wzdłuż kanałów, aż do giełdy kwiatowej. Zgodnie z informacjami z przewodnika masa tu rowerów. Zastanawia jedynie ich przeciętna klasa. Może takie rzadziej giną :).
Oglądanie pięknych kamieniczek przerwał deszcz, który wygonił nas do samochodów. Pojechaliśmy zatem na południe. Jechaliśmy coraz dalej, a deszcz nie ustawał. Zrezygnowaliśmy zatem z noclegu w Belgii i dojechaliśmy aż do Lille, gdzie wreszcie pokazało się słoneczko. Postanowiliśmy zatem zobaczyć to duże francuskie miasto. Podobno przepiękna starówka nieco przypomina Brukselę. Kiedyś trzeba będzie to sprawdzić. Piękny plac, ratusz, okazałe kamienice nie były jednak w stanie zagłuszyć uczucia głodu, więc głównym punktem programu okazał się być obiad w restauracji libańskiej - nie wszystkim smakowało, a ja zajadałem się arabskimi przystawkami. Wróciły wspomnienia o kuchni syryjskiej. Bez problemu znaleźliśmy nocleg w podmiejskim centre commerciale w hotelu Formule 1 - pokój dla 3 osób za 25 euro. Warunki do przyjęcia i dalej ta sieć hoteli stała się miejscem naszych noclegów.

W Parku Asterixa wita maluchów jego kumpel Obelix Gdzie ja przyjechałem? - tata mówił że do Francji Byliśmy na szczycie... ale windą

Wokół dużych miast autostrady są darmowe, więc pierwsze 50 km z Lille w stronę Paryża pokonaliśmy błyskawicznie, ale dalej chcąc zaoszczędzić jechaliśmy już drogami lokalnymi. Niezła jakość nawierzchni i niedzielne dopołudnie sprawiały, że trasę pokonywaliśmy dość szybko.
Bardzo wczesnym dopołudniem dojechaliśmy do oddalonego o 30 km od Paryża Parku Asterixa. Wejściówka dość droga - 31 euro od głowy, a dzieciaki powyżej 3 roku 21 euro. Najpierw obejrzeliśmy pokaz z delfinami. Kolejny punkt programu to czarna magia w ujęciu historycznym. Na trzech ekranach i jednocześnie na żywo, dość ciekawie zrobione zwłaszcza dla maluchów pokazy sztuczek z palącymi się dłońmi, karty, znikające króliki, gołębie i papugi minęły dość szybko. Następnie dzieciaki z Agnieszką poszły na karuzele, a reszta powyżej 1,40m na dość szybki rollercoaster. Ostra jazda - polecam. Po spacerze wśród niezliczonych sklepików z drogą tandetą i fastfoodów doszliśmy do karuzeli z konikami - przejażdżka obowiązkowa. Następnie najmłodsi wozili swoich rodziców po pięknej trasie starymi samochodami. Problem przy wielu atrakcjach to ogromne kolejki. Pojechaliśmy jeszcze małym rollercoasterem dla dzieciaków i po dłuższym oczekiwaniu całkiem szybkim torem bobslejowym. Zbyt późna pora i tłumy niedzielnych miłośników parku zabaw skutecznie uniemożliwiły nam zjazdy wodnymi zjeżdżalniami. Następnym razem zaliczymy i te :). Jak dzieciaki będą większe - na największe atrakcje trzeba mieć 140cm.
Do Paryża było blisko, ale korki na obwodnicach duże. Gdy już dojechaliśmy do hotelu Formule1 przy Porte de Chatillon okazało się, że nie potrzebnie mówiliśmy o dzieciakach - nie chcieli nam dać 2 pokoi dla 8 osób - trzeba było wziąć 3. Nauczka na przyszłość. Spotkaliśmy się jeszcze z koleżanką Pawła - Agatą i jej przyjacielem Geromem na naleśnikowej kolacji i od następnego dnia mieliśmy już zwiedzać Paryż.

Les Invalides z wieży Łuk Triumfalny z daleka malutki
Paryskie wieżowce w tle Pont Neuf - wbrew nazwie najstarszy most w Paryżu

Nocleg był za drogi więc przenieśliśmy się do innego hotelu Formule1 w Vitry. Kilkanaście minut od hotelu jest ostatni przystanek metra nr 7 i nim pojechaliśmy do centrum. Pierwszy punkt programu to wieża Eiffla. Ja jeszcze bezskutecznie próbowałem załatwić wizę gruzińską - powiedziano mi , że tylko dla mieszkańców Francji. Kolejka do kasy była duża, ale Polak potrafi. Spotkaliśmy dwie inne grupy polskie i postanowiliśmy kupić bilety grupowe - oddzielne wejście. Chociaż kasa dla grup była zamknięta, my pomiędzy barierkami doszliśmy do kasy indywidualnej i tłumacząc zdziwionym turystom, że my "służbowo" kupiliśmy dość szybko bilety po krótkiej "dyskusji" z kasjerką o co nam w ogóle chodzi. Bilety dla dorosłych 10,20 euro, a dla dzieciaków 5,50 euro. Na drugim poziomie znów trzeba się trochę wystać w kolejce do następnej windy jadącej na samą górę. Warto - widoki na Paryż rewelacyjne. To ogromne miasto może się podobać - masa zabytków, parków, piękna Sekwana - można by tu mieszkać. Oczywiście w Paryżu, a nie na wieży :). Na górze trochę wieje warto zabrać kurtkę.
Przez Pola Marsowe doszliśmy do Les Invalides, gdzie spoczywa Napoleon. Piękną złotą kopułę obejrzeliśmy dookoła i pojechaliśmy metrem pod katedrę Notre Dame. Przed zwiedzaniem najpierw obiadek w dzielnicy łacińskiej - szałarma u Greka za jedyne 5,50 euro. Posileni mogliśmy już dalej zwiedzać. Krzysiu uczył się wewnątrz co to witraż, a co rozeta, które tu naprawdę są imponujące. zdobienia są naprawdę imponujące, dzieciakom podobać się mogą zwłaszcza liczne chimery (grogulce) na murach katedry. Można je obejrzeć z bliska - wejście na wieżę 6 euro. Obejrzeliśmy jeszcze ratusz - moim zdaniem jeden z piękniejszych budynków Paryża.

Katedra Notre Dame Tu spoczywa Napoleon Ratusz paryski
Łuk Triumfalny z bliska St. Etienne du Mont Pantheon

We wtorki większość muzeów jest zamknięta. Po obejrzeniu Łuku Triumfalnego pojechaliśmy obejrzeć Operę i stąd już do otwartego Miasteczka Nauki i Przemysłu. Ponieważ zwiedzanie podporządkowane było dzieciakom, więc za 5 euro od osoby wykupiliśmy bilety na półtoragodzinne zabawy w dziale dla dzieci 3-5 lat. Ciekawie zrobione zabawy edukacyjne nie pozwoliły się nudzić. Najbardziej podobał się plac budowy, gdzie przebrani w ubrania robocze budowali budynki, wozili cegły i uczyli się obsługiwać dźwig. Równie ciekawy był warsztat samochodowy z rozbieranym autem i wiele innych atrakcji. Za jakiś czas trzeba będzie zajrzeć do działu dla dzieciaków 5-12 lat. Zgłodnieliśmy nieco, więc po przejechaniu do chińskiej dzielnicy zjedliśmy dania chińskie. Na szczęście menu było obrazkowe. Jedzenie smaczne - 12 euro za menu - przystawka, danie główne, deser i kawka.
Wróciliśmy posileni do dzielnicy łacińskiej i obejrzeliśmy jeszcze Pantheon, w którym pochowani są zasłużeni Francuzi. Obok Pantheonu znajduje się bardzo interesujący kościółek St-Etienne-du-Mont.

Kolejnego dnia autostradą 86 pojechaliśmy do Wersalu. Z nieba trochę kropiło i może dlatego na parkingu było sporo miejsca - 7 euro za 4 godziny. Z zewnątrz pałac robi wrażenie, a powierzchnia zajmowana przez ogrody jest naprawdę okazała. Ustawiliśmy się w długim ogonku do wejścia A, ale na szczęście kolejka posuwała się sprawnie. Po zakupie biletów za 7,50 euro zaczęliśmy zwiedzać komnaty pałacowe. Początkowo rozczarowały mnie bardzo - w porównaniu z innymi europejskimi rezydencjami królewskimi wypadały blado. Dopiero po przejściu przez szereg komnat z nieciekawymi obrazami, zbiory zaczęły być nieco ciekawsze. Najciekawiej prezentowały się jednak obrazy ze scenami batalistycznymi z wielkich bitew Francuzów, co ciekawe pokazane były tylko te wygrywane przez nich.
Nieco rozczarowani poszliśmy do ogrodów - 3 euro. Tu kolejna przykra niespodzianka - żadna z wielu fontann nie była czynna. Na szczęście piękne krzewy, klomby, rzeźby, zielone labirynty nieco ten fakt rekompensowały.
Po południu udaliśmy się na Montmartre. Bazylika Sacre Coeur prezentuje się najciekawiej w nocy. Piękny stąd też widok na cały Paryż. Mnóstwo tu knajpek i restauracji - zjedliśmy zatem kolacyjkę i pospacerowaliśmy dalej na Plac Pigalle i pod Moulin Rouge. Najlepszych w Paryżu kasztanów na placu nie widziałem, ale może dlatego, że było już późnawo. Mnóstwo za to kolorowych reklam kin i sex shopów.

Bazylika Sacre Coeur Moulin Rouge
Parlament Concierge
Instytut francuski Wchodząc do Luwru nocą

Święto pracy było dla nas dniem intensywnych spacerów. Najpierw z kwitkiem odeszliśmy spod nie pasującej za bardzo do zabytkowych murów pałacu piramidy w Luwrze. Z okazji 1 maja niestety muzeum było nieczynne. Obeszliśmy więc pałac prawie dookoła i ogrodami doszliśmy do Placu Zgody gdzie po obejrzeniu egipskiego słupa i parlamentu pojechaliśmy trochę na raty pod centrum Pompidou, które również było zamknięte. Wypiliśmy zatem kawkę przy fontannach, a dzieciaki trochę się pochlapały. Kolejna część spaceru była nieco dłuższa - obok Ratusza przeszliśmy na wyspę Cite i dalej wzdłuż brzgów Sekwany do mostu Pont Neuf i dalej z widokami na Luwr do kościółka St. Germain a dalej aż do Pałacu Luksemburskiego będącego siedzibą senatu Francji. Zanim obejrzeliśmy ogrody udaliśmy się na zasłużony odpoczynek na piwko pod ogromnymi drzewami, które potrafiły ochronić nas przed intensywną, ale na szczęście krótkotrwałą ulewą. Doszliśmy zatem w pobliże katedry Notre Dame i w dzielnicy łacińskiej zjedliśmy kolację w restauracji specjalizującej się w daniach z serów. Trzeba być smakoszem. Ja ze smakiem zjadłem fondue, ale Janusz kupił jakąś specjalność zakładu, która została oddana w całości - nie była najtańsza :). Na szczęście większość się najadła i miała siły na kolejny dłuższy spacer tym razem nocny. Od ratusza, pięknie prezentującego się nocą, przeszliśmy przez Luwr, Plac Zgody i pola Elizejskie aż do wieży Eiffla - no może dwa krótkie przystanki na tym ostatnim odcinku podjechaliśmy metrem. Dzieciaki zaczynały padać, dorośli powoli też, więc jednym z ostatnich kursów wróciliśmy metrem do hotelu.

Na Placu Zgody Fragment Luwru Egipski obelisk

Ostatni dzień w Paryżu spędziliśmy właściwie poza nim - w Eurodisneylandzie. Prawie 40 km od miasta, ale wygodny dojazd darmową autostradą. Parkingi ogromne i większości zapełnione. Taki park zabaw do maszynka do robienia pieniędzy. Same bilety to 39 euro dla dorosłych i 29 euro dla dzieci. A ile jeszcze ludzie zostawiają w barach, sklepikach z duperelami. Najpierw usiedliśmy, po odstaniu godzinki w kolejce, do Big Thunder Mountain. Jedna z lepszych atrakcji i co najważniejsze można z małymi dzieciakami. Były i przejazdy w ciemnościach trochę zakrętów, aż Krzyś stwierdził, że chyba będzie rzygał, ale po zakończeniu jazdy dodał, że żartował. Dopiero po zakończeniu jazdy poczytaliśmy o możliwości załatwienia sobie rezerwacji na największe atrakcje tzw. fastpassa. Otrzymujemy wówczas bilet, na który o określonej godzinie wchodzi się bez kolejki. Warto oblecieć cały park i porezerwować te atrakcje, by potem nie stać godzinę do kolejki, która jedzie 5 minut. Byliśmy na wyspie piratów, drzewie Robinsona Cruzoe, w jaskiniach piratów płynęliśmy łódką, lecieliśmy w kosmos z robotami z Gwiezdnych Wojen, obejrzeliśmy labirynt Alicji i pojeździliśmy karuzelami. Największą jednak atrakcją dla dorosłych i młodzieży jest Space Mountain. Ostry rollercoaster wewnątrz ogromnego walca, całkowicie w ciemności - polecam wszystkim powyżej 1,40m. Bawiąc się i trochę stojąc w kolejkach dzień mija błyskawicznie i około ósmej trzeba opuścić tereny parku.

W Disneylandzie mozna polatac różnymi statkami kosmicznymi Wchodząc do Disneylandu Bajkowy pałac w centrum parku

Drogę powrotną rozłożyliśmy sobie na dwa dni. Najpierw dojechaliśmy do Luksemburga, gdzie zwiedziliśmy katedrę, pospacerowaliśmy po Starym mieście, zjedliśmy obiad i obejrzeliśmy piękny wąwóz przecinający miast na pół. Ze zwiedzania Trieru nic nie wyszło - było już za późno. Przypadkowo znaleźliśmy nocleg u rodziny Renatki w Giessen i nazajutrz wspaniałymi autostradami niemieckimi szybko dojechaliśmy do Polski

 

Piotr Bułacz


[Strona główna]

[Turcja] [Costa Brava] [Hiszpania] [Babia Góra] [Bieszczady] [Słowacja]

[Kreta] [Słowacki Raj] [Meiningen] [Węgry] [Lublin]

[Szklarska Poręba] [Babia Góra 2001] [Szwajcaria] [Wenecja] [Chorwacja] [Roztocze]

[Londyn] [Syria] [Ukraina] [Kraje Nadbałtyckie] [Słowacja] [Krym] [Rumunia] [Moskwa]

[Maroko] [Paryż] [Azerbejdżan Gruzja Armenia]