ROSJA 2003


15.08.03 piątek
Dawno nie uczestniczyłem w tak licznej wyprawie. Inicjatorką była Iwona, która zabrała grupkę 11 (albo 10 i maskotka) osób na wycieczkę na Wyspy Sołowieckie. Dowiedziałem się o tym przypadkowo w sieci i wspólnie z synusiem i bratem uzupełniliśmy skład. Oprócz naszej trójki, ośmioro Warszawiaków - Przemek i siedem dziewczyn.
Wyruszaliśmy o 6 rano z dworca Warszawa Centralna, a właściwie mieliśmy wyruszyć, bo pociąg spóźnił się 70 minut. Obawialiśmy się, że w związku z tym nasz pociąg z Terespola do Brześcia odjedzie bez nas, ale na szczęście musiał czekać na wagony ciągnięte przez nasz. Opóźnienie jednak było spore i nie mieliśmy za bardzo czasu w Brześciu na jakiekolwiek większe zakupy. Bilety do Petersburga Iwona kupiła już wcześniej, więc kupiliśmy tylko bilety powrotne z Petersburga do Brześcia aby nie martwić się w drodze powrotnej. Zdążyliśmy także zakupić piwko i trzeba było wsiadać do wagonów. Pociąg był dość przepełniony więc mieliśmy tylko górne półki i to w dwóch różnych wagonach. Powoli jednak integrowaliśmy się grając w scrabble i karty. Tu prym wiódł Krzyś, który właśnie nauczył się grać w wojnę. Mała wycieczka do warsu i poszliśmy spać.

Sprzedaż owoców w Petersburgu Kanały i mosty w Wenecji Północy
Pałac Zimowy Pałac Letni

16.08.03 sobota
Granicę białorusko-rosyjską przespaliśmy. Zresztą nigdy chyba nie było tu kontroli. Ciekawe jak będzie od października po wprowadzeniu wiz dla Polaków - odrębnych na Białoruś i do Rosji. Wagonowa obudziła nas godzinę przed przyjazdem do St.Petersburga. Była wprawdzie 9, ale w Polsce czas jest przesunięty o dwie godziny. Wstawaliśmy więc jakby o siódmej, a jeszcze chętnie pospałoby się.
Iwona poszła dzwonić w poszukiwaniu noclegu, a ja do kasy by kupić bilety na powrót z Kemi do Petersburga. Za dużo szczęścia nie mieliśmy. Ja dowiedziałem się, że bilety na tę trasę można kupić tylko na dworcu w Kemi, a Iwona złapała kontakt tylko na kwaterę na przedmieściach. Na miejscu okazało się, że zamiast obiecywanych 2 pokoi dostaniemy tylko jeden dla 10 osób a cena nadal 200 rubli za osobę. Odpuściliśmy i pojechaliśmy na dworzec Moskiewski gdzie bez trudu znaleźliśmy kobietki z karteczkami "kwartiry". Dogadaliśmy się i za 1500 rubli wynajęliśmy dwupokojowe mieszkanko tylko dla nas. Wprawdzie nieco poza centrum, ale kilka minut od metra. Połowa ekipy została w mieście, a reszta pojechała na kwaterę. Tu już czekała na nas Natasza. Zapłaciliśmy za dwa dni i dostaliśmy klucze. Spotkaliśmy się wszyscy pod piękną cerkwią petersburską Spas-na-Krowi. Budowla przypomina nieco sobór Wasyla Błogosawionego z Placu Czerwonego w Moskwie. Wstęp płatny. Weszliśmy na bilety dla Rosjan - 50 rubli, które kupiła Iwona, biegle władająca rosyjskim. Jednak i tak nas zdemaskowano przy wejściu. O dziwo kontrolerka wpuściła nas do środka. Na ścianach cerkwi złoto - niebiesko - czerwone mozaiki, jak dla mnie zbyt cukierkowe, ale ogólnie robią wrażenie.
Przeszliśmy dalej przez park obok Pałacu Letniego i wzdłuż Newy aż do Pałacu Zimowego, gdzie mieści się aktualnie Ermitaż. Plac przed pałacem prezentuje się wspaniale, otoczony przez piękne budowle. Było gdzie dokonywać przeglądu zwycięskich wojsk rosyjskich na przestrzeni trzech wieków. W końcu znaleźliśmy miłą knajpkę w piwniczce i przy niezłej muzyce przekąsiliśmy nieco i wypiliśmy piwka. Niestety białe noce nas już ominęły, ale dzień w porównaniu z Polską kończy się tu bardzo późno - słońce zachodzi po 22.

Ermitaż Carskie Sioło Cerkiew Św. Piotra i Pawła

17.08.03 niedziela
Natasza wynajmująca nam mieszkanie poprzedniego dnia udzieliła nam nieco nieścisłych informacji i po dojściu z kwatery do stacji Kupczino okazało się, że pociągi odjeżdżają stąd nie do Peterhofu, ale do Carskiego Sioła. Podzieliliśmy się na dwie grupki. Część postanowiła nie zmieniać planów i jechać do centrum i dalej do Peterhofu, a my zdecydowaliśmy się zwiedzić kompleks pałacowy Carskie Sioło. Elektriczka kosztowała 4 ruble od osoby a z dworca do parku marszrutka zabrała nas za 6 rubli. Wejście do parku za 35 rubli. Cena dla studentów "innostrańców". Niestety niedziela nie jest najlepszym dniem na odwiedzanie pałaców wokół Petersburga. Dowiedzieliśmy się, że wejście dla turystów indywidualnych jest tylko o 11,12,16 i 17. My byliśmy w kolejce około 11, ale kolejka była olbrzymia, a bilety sprzedawano już na 16. Postanowiliśmy zatem zwiedzić park, a Bursztynową Komnatę obejrzeć następnym razem. Bilety dla innostrańców 400 rubli. Poszliśmy najpierw do Ermitażu parkowego - tu właśnie remont w środku, następnie wokół ogromnego stawu, obok Łaźni Tureckiej doszliśmy do chińskiej wioski. Tereny parkowe są ogromne. Władcy Rosji mieli gdzie pojeździć konno wokół własnych pałaców. Doszliśmy z powrotem do pałacu i akurat pokazało się słoneczko co skrzętnie wykorzystałem fotografując błekitno - biało - złote zabudowania pałacowe.
Próbowaliśmy złapać busa bezpośrednio do Pawłowska, gdzie znajduje się kolejny pałac i park wokół niego. Niestety wszystkie marszrutki 286 były pełne. Wróciliśmy zatem na dworzec i stąd już za 8 rubli marszrutka zawiozła nas do Pawłowska. Kierowca na szczęście zapomniał wysadzić nas przy bramie parkowej. Gdy sobie przypomniał byliśmy już z drugiej strony parku. A że była tu furteczka bez bileterów, do parku weszliśmy bez opłaty. Idąc w kierunku pałacu zwiedziliśmy kolejny ogromny park, ale już trochę mniej zadbany od Carskiego Sioła, a jak się później okazało obydwa nie mogą się równać z parkiem w Peterhofie. Gdy dochodziliśmy do pałacu zaczęło nagle ostro padać. Na szczęście drzewa parkowe mogą służyć za wspaniałe parasole. Kolejki do zwiedzania wnętrz ponownie skutecznie zniechęciły nas i pospacerowaliśmy w drugą część parku, gdy deszcz równie szybko jak się zaczął, skończył się. Doszliśmy więc parkiem do dworca kolejowego Pawłowsk - dojazd do centrum Petersburga 16 rubli.
Ostatnim punktem programu tego dnia była Twierdza Pietropawłowska. Jeszcze nie tak dawno iglica wieży cerkwi Św. Piotra i Pawła była najwyższą budowlą w mieście. Pogoda znów próbowała popsuć nam humor ale byliśmy już uodpornieni. Obejrzeliśmy zatem cerkiew, obeszliśmy mury i spojrzeliśmy na miasto z przystani przy twierdzy. Wróciliśmy do centrum przez most Trockiego i wrociliśmy metrem do naszego mieszkanka.

Ermitaż w Carskim Siole Pałac z Bursztynową Komnatą w Carskim Siole
Pałac w Pawłowsku Krzyś w murach Cytadeli Pietropawłowskiej

18.08.03 poniedziałek
Pociąg do Kemi ( nr 11 docelowo do Murmańska ) mieliśmy o 14.30. Bylo więc sporo czasu na spacer po mieście. Klucze Nataszy zostawiliśmy w skrzynce na listy i po zostawieniu bagaży na dworcu pojechaliśmy metrem na północne wyspy Petersburga. Spacerując wśród bujnej tu zieleni wróciliśmy przez park zabaw z karuzelami i przez mosty na Newie na Newski Prospekt. Zamówiliśmy obiadek w bistro a ja poszedłem wymienić gotówkę od 3 osób na resztę wycieczki. Z trudem znaleziony kantor był nieczynny, ale zaraz znalazł się cinkciarz proponujący bardzo korzystny kurs. Nie zrażając się ryzykiem ( "Sztos" już widziałem) postanowiłem zaryzykować. Najpierw fachowiec przeliczył kasę, ktorą przygotował wcześniej zostawiając mnie na chwilę. Co dziwne końcówka była bardzo drobnymi. Jak sprawdzałem brakowało 10 rubli. Wziął z powrotem pieniążki i po przeliczeniu dołożył dziesiątaka i podał mi cały zwitek. Najprawdopodobniej już podmieniony. W tym momencie popełniłem błąd i dałem mu do sprawdzenia euro. Gdy tylko miał pieniądze w ręce podszedł do nas kolejny koleś i dość stanowczym głosem zaczął tłumaczyć, że tu nie wolno, że proszę wyjść i zrobiło mi się ciepło. Pomyślałem sobie ciekawe co to za zwitek trzymam w ręce. Ale na szczęście również ostro i stanowczo zażądałem powrotnej wymiany pieniędzy strasząc milicją i chłopaki przekonując mnie do korzyści z tej transakcji jeszcze przez chwilę wspólnie chcieli mnie udobruchać ale pieniądze oddali. Teraz już poszedłem prosto do kantoru. Ja to mam jednak w życiu trochę szczęścia, bo rozumu to chyba nie za dużo.
Spotkaliśmy się wszyscy na dworcu i po małych zakupach prowiantu zapakowaliśmy się do pociągu. Iwonie udało się przemycić Martę. która jako jedyna nie miała biletu. Zawsze jednak są miejsca "rezerwowe" dla konduktorów. Z czegoś muszą żyć.
Trafiło się nam nawet ciekawe sąsiedztwo. Podpity marynarz opowiadał nam o Murmańsku, a starsza bibliotekarka i śliczna 21-letnia Rosjanka o Kirowsku i Apatytach. Zachęcali bardzo do odwiedzenia ich miejsc zamieszkania. Podobno Apatyty są wspaniałym miejscem na narty zimą. Może kiedyś się wybierzemy, ale teraz zapakowaliśmy się na górne półki z zamiarem opuszczenia pociągu w Kemi.

Mosty w centrum Petersburga Stacja metra
Sobór Kazański Zachód słońca nad Newą

19.08.03 wtorek
Wysiadaliśmy bardzo wcześnie i jak na daleką północ było całkiem chłodno. Kupiliśmy od razu bilety na powrotne pociągi - plackartny Kemi - Petrozawock - Petersburg kosztował 500 rubli. Poznawszy Saszę - przyjaciela Iwony, która była już na Wyspach Sołowieckich w ubiegłym roku, zapakowaliśmy się do marszrutki i pojechaliśmy do portu. Przed zapakowaniem plecaków do luków w kutrze, założyliśmy na siebie większość ciepłych ubrań. Było bardzo zimno. Ale na horyzoncie niebo rozjaśniało się. Ktoś pojechał jeszcze po prowiant, a my mieliśmy czas zwiedzić okolice portu. Co ciekawe przy funkcyjnych musieliśmy milczeć by nie zdradzić się z językiem, bo innostrańcy płacą znacznie wyższe opłaty portowe. Ale do tych udogodnień byliśmy już przyzwyczajeni - to nie pierwsza podróż za wschodnią granicę.
Historia nie oszczędzała miasteczka. oprócz świeżo wybudowanej cerkwi pozostałe budynki w opłakanym stanie. Chyba jeszcze pamiętały czasy łagrów. Wokół mnóstwo fragmentów betonu, drutów, desek. Dla turysty krajobraz dość ciekawy, ale dla mieszkańców? Może można przywyknąć.
Zrobiliśmy małe zakupy w spożywczym baraku i gdy wracaliśmy do kutra, przywitało nas nad Morzem Białym słońce wychodzące zza chmur. Miało być zimno w czasie rejsu, a było gorąco. Trzy godziny minęły nam miło a Sasza przełamywał pierwsze lody dwoma flaszkami tutejszej wódeczki. To co tu nazywają kiełbasą, w Polsce musiałby zjadać pies rzeźnika, ale tu trzeba było czymś zakąsić.
Dopłynęliśmy w końcu do największej z wysp i minąwszy największy kompleks cerkiewny- kreml popłynęliśmy dalej do miejsca naszego obozowiska - kilka kilometrów od wioski namioty stały nad piękną zatoczką. Wcześniej poznany już Sasza i witający nas na brzegu Sergiej i Andriej prowadzili tu obozy przetrwania dla młodzieży. Korzystaliśmy zatem z gotowych urządzeń biwakowych - paleniska, latryny, huśtawki i jadalni a dodatkowo trafiły się nam dwa namioty. Szybko się zakwaterowaliśmy i nieco zdziwieni zaczęliśmy się przyzwyczajać do zmiennych niesamowicie warunków pogodowych. Gdy dopływaliśmy było gorąco, a po chwili zaszło słońce i zrobiło się dość chłodno. Sasza stwierdził, że minimum sześć razy dziennie pogoda zmienia się. Przemek nie mógł już wytrzymać i wskoczył do wody. Ale on lubi gdy woda morska ma poniżej 10 stopni.
Wybraliśmy się następnie na wycieczkę do wioski - około 40 minut marszu. Po drodze dość często postoje dla fotografujących, a tych było na wyprawie większość. W wiosce - centrum lokalnego życia nie mogliśmy napatrzeć się na kreml i oczywiście obfotografowaliśmy go dookoła. Włącznie z wszelkimi żyjącymi stworzeniami. Gdy doszliśmy do ubranych w karelskie stroje dziewczynek to już wtedy zachowaliśmy się jak wycieczka Japonczyków. Na szczęście dziewczęta nie miały nic przeciwko temu i same też nas fotografowały :).
Większość spacerowała, Przemek pływał tym razem w zimnym jeziorku obok kremla a ja, Paweł i Gosia zapoznawaliśmy miejscowych żuli przy buteleczkach piwka "Ochota kriepkoje". Na szczęście dość późno zaczęli nas zaczepiać i gdy nasze butelki były puste poszliśmy do miejscowego centrum kulturalnego Art-Angaru - tętniącej życiem artystycznym stodoły. Obejrzeliśmy wystawę fotografii oraz części samolotowych i poznaliśmy poetę Jurija, który zaprosił nas na swój jutrzejszy wieczór autorski. Rzuciliśmy okiem na wioskę z tarasu na wieży widokowej obok hangaru i wróciliśmy do obozu. Połowa uczestników wybrała się jeszcze na nocną toaletę do pobliskiego jeziorka, ale woda pomimo tego że cieplejsza niż w morzu, jak dla mnie i tak za zimna by popływać dłużej.

Wymarły port w Kemi Molo ? w Kemi
Nasz obóz na Wyspie Sołowieckiej Kucharz przy pracy

20.08.03 środa
Spaliśmy nieco dłużej niż było zaplanowane, ale w końcu byliśmy na wakacjach. Sergiej naszykował wrzątek już na 9, ale zebraliśmy się ze śpiworów dobrze po 10. Świeciło pięknie słońce i było zaskakująco ciepło. Ciasteczka ze skondensowanym mlekiem na śniadanie i pełni zapału zabraliśmy się za zwiedzanie największej z wysp. Wybraliśmy się na wycieczkę na jej południowy kraniec - półwysep Pieczak. Droga wiodła przez las i po dwóch godzinach marszu dotarliśmy do wąskiej piaskowej plaży. O dziwo pogoda nie zmieniła się i nadal było słonecznie. Zdecydowaliśmy się zatem na iść w ślady Przemka i wykąpać się w Morzu Białym. Męska część wyprawy zatem wskoczyła na krótką chwilę do wody, która miała w granicach 10 stopni. Nawet Krzyś się nie wyłamał i dzielnie dawał sobie radę. Zapału starczyło na krótką chwilę, a słońce było na szczęście wyjątkowo gorące by nas rozgrzać. Po krótkiej sesji fotograficznej musieliśmy szybko wracać do wioski na zaplanowany na 15 obiad. Całą drogę graliśmy w skojarzenia, co miało się stać jedną z głównych rozrywek w czasie naszego wyjazdu.
Po zupce rybnej z kaszą manną zaplanowana była wycieczka na dwie mniejsze wyspy - Małą i Wielką Wyspę Zajęczą. Kiedy już zapakowaliśmy się na kuter próba odpalenia silnika spełzła na niczym. Sasza stwierdził, że potrzebuje około godzinki by kuter naprawić. Wylegując się na molo w słońcu w końcu dowiedzieliśmy się, że z wycieczki nici. Kuter nie popłynie.
Poszliśmy zatem prosto do Art-Angaru na wieczór poetycki. Najpierw poezja Jurija, potem wódeczka i smaczne rybki, aa w końcu sami zaczęliśmy śpiewać. Najpierw my po polsku, a potem Sasza z Andrejem po rosyjsku i ukraińsku. Czas mijał szybko, ale po wieczorze poszliśmy jeszcze na nocny seans rosyjskiego kina. W hoteliku pełniącym też funkcję bodajże domu kultury, na świetlicy obejrzeliśmy na ścianie film wojenny "Zwiezda", który najbardziej spodobał się Krzysiowi. Jako jeden z nielicznych dotrwał do końca - większość wyspała się w czasie filmu. W środku nocy wracaliśmy do obozu, a Krzyś stawał się w miarę upływu czasu coraz cięższy.

Czas na relaks Flora wysp Nie straszna mi woda o temperaturze 10 stopni

21.08.03 czwartek
Tym razem pogoda nie była zbyt korzystna. Cała wyspa żyła odbywającym się w porcie Jarmarkiem Sołowieckim. My oczywiście ponownie zaczęliśmy dzionek bardzo późno ale przed jarmarkiem zwiedziliśmy jeszcze kreml - warowny kompleks klasztorny z XVI wieku. Od początku klasztor był centrum duchowo - kulturalnym, ale zarazem targowo - rzemieślniczym północno-zachodniej Rosji. Był także bardzo ważną twierdzą obronną na Morzu Białym, kilkukrotnie obleganą przez obce wojska - np. angielską flotę w czasie wojny krymskiej. Większość pomieszczeń w monastyrze jest aktualnie w tracie odnowy. Obejrzeliśmy główną cerkiew i obeszliśmy prawie dookoła grube mury wspinając się na narożne baszty.
Pogoda nie chciała się poprawić - na jarmarku obejrzeliśmy zatem szybko stragany, gdzie kupiliśmy losy dziecięcej loterii i gliniane gwizdki. Przyglądaliśmy się również występom tanecznym karelskich dzieciaków. Zimno jednak zwyciężyło i poszliśmy się ogrzać do domku Saszy. Po obiedzie zaprowadził on nas do domu swojego ojca, gdzie oprócz gorącej kąpieli zaserwowaliśmy sobie jeszcze saunę. Przemek jako istota zimnolubna wytrzymał jedynie chwilę "dobrowolnego masochizmu" i pobiegł do zimnego morza, a my odprężaliśmy się w temperaturze 65 stopni Celsjusza. Dzień po raz kolejny zakończył się w Art-Angarze, gdzie tym razem wystawę swoich fotografii z Sołowek i podróży do Kirgizji prezentowała Iwona. Potem jeszcze rosyjscy poeci urządzili kolejny wieczór poetycki. My jednak urządziliśmy sobie małą imprezkę namiotową już po powrocie do naszego obozu.

Główna scena w czasie jarmarku Regionalny strój karelski Wycieczka do pralni
Cerkiew Św. Andrzeja na Wielkim Zającu Przyroda na Małym Zającu Krzys znajdował grzyby bez większych problemów

22.08.03 piątek
W planach była wycieczka na najbardziej na północy położoną wyspę Anzer. Zabraliśmy więc sporo bagaży i poszliśmy do wioski. Tu jednak dowiedzieliśmy się, że jeszcze bardziej od pogody na Wyspach Sołowieckich zmienne są plany naszych wycieczek. Anzer odłożyliśmy na następny dzień, a korzystając z pięknego popołudnia popłynęliśmy na Zające. Najpierw na Wielkim Zającu obejrzeliśmy cerkiew Św.Andrzeja, a następnie przespacerowaliśmy się wokół wyspy zwiedzając kamienne labirynty Samów. Są to podobno pozostałości po mieszkańcach wysp sprzed 2000 lat. Niewielkie labirynty odkryto dopiero niedawno po pożarach porastających je drzew.
Do sąsiedniego Małego Zająca nie było daleko. Tam Sasza polecał nam zwłaszcza grzybobranie. Jeśli grzyby śa nie trzeba ich podobno szukać - wystarczy się schylać i zbierać. Niestety za dużo nie było, ale kilkanaście znaleźliśmy. Ponieważ nie ma tu zbyt wielu zbieraczy, a warunki są sprzyjające grzyby osiągają tu duże rozmiary. Światło do fotografowania było wyborne, więc ponownie większość zajęła się upamiętnianiem widoków.
Sasza popłynął z nami jeszcze do zatopionych częściowo wraków statków, po których sobie pospacerowaliśmy. Niestety skarby musiał zebrać ktoś przed nami. Ale rdza na burtach mieniła się w zachodzącym słońcu niesamowicie.
Po powrocie do domku Saszy długo dyskutowaliśmy, czy opłaca się kłaść spać jeśli wstajemy przed 4 rano, ale większość jednak ułożyła się do snu.

Kamienne labirynty Samów Dobrze, że nie wszyscy turyści tak dbają o pamiątki historii :)
Sasza ucieka przed odpływem. Na szczęście po nas wrócił Zotopione wraki u brzegów Zajców

23.08.03 sobota
Tym razem już wycieczka zapowiadała się na dłużej. Nie udało się nam wstać o 4, ale po 5 byliśmy na łódkach. Grupa nieco się podzieliła. Iwona z Agnieszką poszły przez wyspę pieszo, Paweł z Przemkiem zapakowali się z Saszą na mały kuter, a ja, Krzyś i reszta dziewczyn, w "luksusowych" warunkach na dużym kutrze, mieliśmy sporo miejsca do spania. Celem była najbardziej na północ położona wyspa Anzer. Pogoda jednak nie dopisywała. Fala była na tyle duża, że nie udało się nam dopłynąć do mostu łączącego główną wyspę z mniejszymi, sąsiednimi Wielką i Małą Muksalmą. Mieliśmy tam zabrać dziewczyny i popłynąć dalej. Było zbyt niebezpiecznie - za dużo kamieni i mielizn. Po drodze nawet lekko bujało, ale nikt nie miał tych najnieprzyjemniejszych objawów choroby morskiej. Zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę na śniadanko przy wschodnim cyplu Małej Muksalmy - gdzie by dopłynąć do brzegu musieliśmy nieco pomęczyć się wiosłami na małej łódce. Wyprostowaliśmy nieco nogi na stałym lądzie, w ślicznych paprociach zrobiliśmy siku i wróciliśmy na kutry. Opłynęliśmy więc całą Małą i Wielką Muksalmę i podpłynęliśmy do mostu z drugiej strony. Tu już spotkaliśmy czekające od kilku godzin dziewczyny i zadecydowaliśmy o pozostaniu na wyspie na noc. Było dość późno, a morze zbyt niespokojne by płynąć dalej.

Zdobywcy Morza Białego płyną na śniadanie U brzegów Muksalmy
Most łączący Wyspę Sołowiecką z Wielką Muksalmą Nie skorzystaliśmy z miejsc noclegowych w tym hoteliku

Przyzwyczajeni już do skromnego odżywiania się zwiedzaliśmy ostro wyspę po chlebie z cebulą na śniadanie. Doszliśmy do połączenia dwóch wysp przez kamienistą groblę. Po drodze niektórym udało się zobaczyć nurkującą w zatoczce małą foczkę. Przyroda wokół oczywiście zachwycająca. Poleżeliśmy na moście i wróciliśmy do przystani.
Następna wycieczka odbyła się już z Ukraińcami. Poszliśmy wszyscy wgłąb wyspy. Podmokłe wrzosowiska sprawiały niesamowite wrażenie. Szkoda, że nie potrafiłem tego oddać na fotkach. Na morzu duża fala, a na wyspie o dziwo piękne słońce i dość gorąco. Postanowiliśmy się więc wykąpać. Po odpoczynku na wrzosowisku i objedzeniu się niezliczonymi tu jagodami większość wycieczki z przewodnikami poszła dalej do punktu widokowego, a męska, polska część i Gosia postanowiła zawrócić do jeziorka przy obozie. "Oczywiście" wiedzieliśmy jak wracać, ale poszliśmy nie wiedzieć czemu na skróty. Dobrze, że słońce mniej więcej wskazywało nam kierunek. Po odwiedzeniu licznych górek, przejściu przez sporo polanek i przedzieraniu się przez las z jednego z wzgórz udało sie mi wypatrzyć zabudowania przy przystani. A już niektórzy zaczynali sobie podśpiewywać dla dodania otuchy. Wróciliśmy cali, ale czasu za bardzo nie zaoszczędziliśmy. Reszta ekipy wróciła w tym samym czasie. Z kąpieli jednak nie zrezygnowaliśmy. W jeziorku woda była bardzo brudna i dlatego jedynie umyłem tam Krzysia, a razem z Przemkiem i Gosią umyliśmy się w nieco cieplejszym niż wcześniej Morzu Białym - woda co najmniej z 13 stopni. Niektórzy nawet myli głowę. Moja nie była jeszcze aż tak brudna. Wróciliśmy do reszty by pomóc obierać zebrane wcześniej grzyby. Ogromnego gara duszonych grzybów i kaszy nie udało się nam zjeść i trochę zostało na śniadanie dnia następnego.
Początkowo sądziliśmy, że spać będziemy w jednym ze zrujnowanych budynków przy molo, albo nieco w głębi wyspy, ale Sasza z Andriejem mieli pałatki z których miały powstać namioty. Trzeba je było zatem postawić. Słońce pięknie zaszło za horyzont i w półmroku stawały namiociki. Poszedłem na kuter po siekierę, by zrobić maszty i spotkała mnie przygoda. W jednej ręce nóż, w drugiej siekierka i nie było się czym przytrzymać. Łódka lekko odpłynęła i nie doskoczyłem do mola. Wpadłem po pachy do morza w pełnym rynsztunku - butach, kurtce itd. Na szczęście jako jedyny wziąłem na kuter cały plecak i miałem się w co przebrać. Najgorzej z butami - pomimo intensywnych starań i suszeniu przy ognisku okazały się być nieprzemakalne w obie strony.
Namiocików było 4 a nas 13 osób. Nikt nie chciał spać w trzy osoby ze względu na możliwe opady i rosę, więc postanowiliśmy pobić rekord ilości osób śpiących w kutrze w dwuosobowej kabinie. Sasza i Andriej na górze, a ja, Gosia i Krzyś na podłodze, gdzie normalnie nie powinny się zmieścić dwie osoby. Dało radę, a dodatkowo było cieplutko i przytulnie. Szkoda tylko, że mój syn śpiący na mnie całą noc waży coraz więcej.

Przystań na Muksalmie już od dawna raczej nie używana Zatoka przy Muksalmie
Po zachodzie Przed zachodem

24.08.03 niedziela
Na kutrze spało się tak dobrze, że ciężko było wstać. Na śniadanie tradycyjnie już chleb z majonezem i ketchupem, a dla wybrednych skondensowane mleko. Były też resztki grzybowego gulaszu.
Dość wysoka fala zdaniem Saszy uniemożliwiała niestety rejs na Anzer i musieliśmy zrezygnować z tego przedsięwzięcia na dobre. Mieliśmy więc czas by poznać Muksalmę lepiej. Najpierw jednak podsuszyliśmy nieco nasze buty (zwłaszcza moje) i zapakowaliśmy rzeczy na kuter. Wyruszyliśmy przez ścieżką przez las jeszcze w inną część wyspy - na jej północny brzeg. Pogoda nie była już tak rewelacyjna jak poprzedniego dnia, ale do wędrówki może nawet i lepsza. Krzyś ponownie się rozleniwił i większość czasu spędził "na baranie", czyli na mnie. Przyroda na brzegu znów nieco odmienna i piękna. Na horyzoncie widać było niedoszły cel naszej wycieczki. Obeszliśmy część wybrzeża i przy labiryncie Samów ustaliliśmy punkt zbiorczy. Fotografowie rozbiegli się w poszukiwaniu "światła" a nasz czteroosobowy klub satyryków rozłożył się wśród krzaczków osłaniających nas od wiatru i wsłuchani w szum morza graliśmy w skojarzenia. Krzyś postanowił zamęczyć swoje ulubione "ciocie" i wraz z Martą i Agnieszką poszedł rozprostować nogi na wycieczkę po pobliskich wzgórzach. Czas mijał szybko i trzeba było wracać do kutra - dwie godzinki marszu.
Mogliśmy wrócić do obozu pieszo przez groblę - trochę ponad 2 godziny, ale Sasza wymyślił, że wpłyniemy w zatoki wyspy i dopłyniemy do brzegu 2 km od kremla. Spokojnie zjedliśmy zatem kanapki z grzybami, ruską kiełbaską i rybką. Nie wiadomo czemu silnik nie chciał zapalić. Dopiero po godzinie napraw Sasza go uruchomił. Na tym jednak nasze przygody nie skończyły się. W pewnym momencie silnik zgasł w odległości kilkudziesięciu metrów od brzegu wzdłuż którego płynęliśmy. Gdy po dłuższym czasie zaczęliśmy się zastanawiać jak tu dopłynąć do brzegu, Saszy ponownie udało się go uruchomić. Tym razem jednak problemem okazało się być znalezienie miejsca, gdzie mieliśmy dobić do brzegu. Po kilku nieudanych próbach i przygodzie z mielizną zapadł zmrok i chłopaki stwierdzili, że lepiej jak przenocujemy na kutrze i przystani poszukamy rano. Dobrze, że niektórzy z nas stwierdzili, że wolą śmierć z zimna niż z braku powietrza i 3 osoby spędziły noc na dworze, Sasza z Andriejem w kabince ze sterem, a pozostała ósemka po raz kolejny pobiła, wydawać się mogło już nie do pobicia, rekord osób śpiących w dwuosobowej kabinie. Tym razem spaliśmy jedni na drugich. Kuterek uderzał o brzeg wydając dziwne dźwięki. Tym razem to naprawdę było przytulnie. Szkoda, że tylko do świtu - aż dziw, że wszyscy wyszli bez szwanku.

Lotnisko o wschodzie słońca - normalnie wstęp wzbroniony Kaplica Konstantinowska - 1844 Baszta Sołowieckiego Kremla
Szczęśliwy mieszkaniec Sołowek Zabudowania portowe Ludzi tu mało, wody dużo...

25.08.03 poniedziałek
Gdy tylko zrobiło się widno spróbowaliśmy odbić od brzegu. Nie było łatwo. Albo woda nieco opadła albo gdzieś osiedliśmy na mieliźnie. Dobrze, że Andriej to twardy zawodnik. Wypchnął nas na morze brodząc po pas w lodowatej wodzie. Teraz poszło już bez problemów. Dość szybko odnaleźliśmy miejsce, gdzie mieliśmy przycumować i po krótkim spacerku doszliśmy do miejscowego lotniska. Wprawdzie otoczone było płotem, a wstęp wzbroniony, ale była to jedyna droga do wioski. Na szczęście wszyscy spali - milicja też. Zimą lotnisko jest jedynym łącznikiem wysp ze stałym lądem. Dlatego wokół pasa startowego stało kilka maszyn do utrzymywania go w należytym stanie.
O świcie kreml był niesamowicie oświetlony. Zaraz fotografująca część wycieczki rozeszła się w poszukiwaniu obiektów do uwiecznienia. Mnie udało się zrobić kilka kolejnych fotek klasztoru i poszliśmy do domku Saszy. Tu okazało się, że Sasza ma urodziny i dzień zaczął się od razu od napojów rozgrzewających. Pogoda sprzyjała obchodom święta. Po pięknym świcie niebo zaciągnęło się. Jeszcze jednak zanim dzień dobrze się zaczął, było już jednak ciepło. Ot taka wschodnia tradycja. Po wyczerpujących przeżyciach poniedziałek był dniem odpoczynku przed opuszczeniem wysp.
Część bagaży musieliśmy przynieść z dużego kutra, który już poprzedniego dnia wrócił z połowów do portu. Większość ekipy poszła do obozu po resztę swoich bagaży, a leniuchy grały w scrabble i odpoczywały. Głównym punktem programu ponownie była sauna u ojca Saszy. Po dniach na kutrze była już niezbędna. Nawet dziewczyny tym razem się zdecydowały. Dzień mijał bardzo szybko. I zanim się spostrzegliśmy siedzieliśmy na sali projekcyjnej na nocnym oglądaniu rosyjskich filmów. Tym razem komedia o machinie czasu. Krzysio był już dość zmęczony, a przed nami jeszcze droga do namiotu. Niestety nie przynieśliśmy naszych bagaży i aby móc odpłynąć rano trzeba było wrócić do obozu.
Kiedy my spaliśmy w namiocie, w wiosce obchody urodzin Saszy dopiero się rozkręciły. Dowiedzieliśmy się o tym na drugi dzień jak i niektórzy uczestnicy obchodów :)) Dyskoteki, knajpki i kto wie co jeszcze - większość ekipy się bawiła, a człowiek grzecznie sobie spał.

Kreml od północy Kreml z południa
Tu zażywaliśmy sauny Sklep spożywczy - czynny do rana

26.08.03 wtorek
Sierioża, który nad ranem dotarł do obozu zrobił nam wczesną pobudkę i nie zważając na nasze protesty na siłę prawie wyciągnął nas ze śpiworów. Dobrze, że przynajmniej poczęstował nas gorącą kawką i herbatką z wkładem. Stwierdził, że pomimo beznadziejnej pogody - deszcz i wiatr - nie będzie problemów z rejsem, gdyż morze jest w miarę spokojne. Zapakowaliśmy się szybko i oprócz plecaka wziąłem jeszcze zaspanego Krzysia na plecy i ruszyliśmy do wioski. Padało dość ostro. Lekko przemoczeni dotarliśmy do domku, gdzie wszyscy jeszcze w najlepsze sobie spali. Zrobiliśmy pobudkę i zjedliśmy śniadanie. Ukraińcy jeszcze dość wypici też wstali - dziś już mieli iść do pracy w tutejszej szkole. Sasza z Iwoną dowiedzieli się, że rybacy popłyną z nami nawet przy takiej pogodzie, ale na naszą odpowiedzialność. Chcieliśmy spróbować, ale gdy doszliśmy do portu z wszystkimi bagażami okazało się, że nawet duże rejsowe statki z Kemi nie dopłynęły na wyspy. Rejs zatem odwołano. Chłopaki zatem świętowali dalej, a my obejrzeliśmy kolejną rosyjską komedię o poszukiwaniu skarbów. Zaczynało być ciekawie. Szkoda tylko, że nasze bilety na pociąg traciły lekko na ważności. Na szczęście w Rosji można oddawać bilety po odjeździe pociągu ze stratą około 30% wartości. Posileni duchowo rosyjską kinematografią zapragnęliśmy też posilić się cieleśnie. Poszliśmy do sklepu, gdyż naszych przyjaciół nie można było znaleźć i postanowiliśmy zrobić bigos. Dwie głowy kapusty i resztki kiełbasy z Polski miały być daniem dnia. Miały być, bo w czasie przygotowań przybiegły dziewczyny twierdząc, że przypłynął większy stateczek kursowy i będzie wracał do Kemi o 17. Zjedliśmy zatem posiłek na zimno i z trudem odnaleźliśmy dalej świętującego urodziny Saszę. Wzięliśmy ponownie bagaże i poszliśmy do portu. Tu udając Rosjan tzn. milcząc, zapakowaliśmy bagaże do luków. Bardzo wkurza mnie różnicowanie cen biletów dla Rosjan i "innostrańców", ale jeszcze bardziej wkurzyło mnie, że Sasza zapomniał pieniędzy na rejs. Poszedł zatem do domu po kasę, a my czekaliśmy. Minęło już kilkanaście minut i załoga zaczęła się niecierpliwić. Poszedłem zatem z Gosią szukać kierownika finansowego wycieczki. Znalazłem go w domu, z uroczym uśmiechem, śpiącego baaaaardzo głębokim snem. Z trudem udało się go dobudzić i biegiem wracaliśmy do statku - to chyba jeden z cięższych biegów w życiu Saszy - co najmniej 1 mila :) Gdy dobiegliśmy wszystkie bagaże były już z powrotem na brzegu, ale na szczęście jeszcze nie odpłynęli. Zapakowaliśmy się z powrotem. Sasza, z trudem łapiący powietrze, zapłacił po 200 rubli od głowy i mogliśmy odbijać. Rejs był pełen przeżyć. Huśtało jak na niezłej karuzeli. Mały kuterek nie miałby szans. Część ekipy zafundowała sobie dodatkowo atrakcyjne bicze wodne na pokładzie z fal przelewających się od czasu do czasu nad statkiem, a część lekko chorowała w środku. Nawet Krzyś stwierdził, że "chyba będzie rzygał", ale po zaczerpnięciu świeżego powietrza doszedł do wniosku, że "to był jednak jakiś wirus" po czym po powrocie do kabiny zasnął już do końca rejsu. Dopłynęliśmy w okolicach 21 i nasz pociąg niestety już odjechał. Na szczęście do Petrozawocka mieliśmy kolejny przed 23. Było trochę problemów z biletami. Procedura anulowania naszych biletów i wydrukowania nowych spowodowała ogromny korek przed kasowym okienkiem i mało co doszo do przepychanek. Na szczęście 3 minuty przed odjazdem udało mi się dostać bliety i biegiem ruszyłem na peron. Dzięki temu, że przedtem mieliśmy mieć kupiejne, a teraz dostaliśmy plackartne - mieliśmy jeszcze zwrot pieniążków. Szybko położyliśmy się na górnych półkach i zasnęliśmy.

" Terminal " U brzegów wysp
Zachód słońca z Wyspy Sołowieckiej Światło było niesamowite

27.08.03 środa
Obudziliśmy się nad ranem dojeżdżając do Petrozawocka. Tu w planach był rejs na wysp Kiżi, gdzie znajduje się śliczny podobno kościółek drewniany zbudowany bez użycia gwoździ. Tym razem jednak pogoda znów nie współpracowała i przywitał nas deszcz. Zostawiliśmy bagaże w przechowalni na cały dzień i postanowiliśmy zrezygnować z rejsu, a skupić się na zwiedzaniu miasteczka, a ściślej knajpek w nim. Petrozawock położony nad jeziorem Onega jest prześlicznym miasteczkiem, bodajże studenckim. Toteż knajpek tu nie brakowało. Najpierw wypiliśmy pyszną kawkę w kawiarence, której nie powstydziłby się nawet Wiedeń.
Następnie udaliśmy się do kina. Film "Karlsson katoryj na kriszy żiwiot" poruszył wszystkich, a zwłaszcza Krzysia. Nie miał nawet problemów ze zrozumieniem większości dialogów bajki, a my też potrenowaliśmy język. Samo kino bardzo ciekawie zorganizowane, z salą dyskotekową, barami itd.
Ponownie poczuliśmy głód i poszliśmy do kolejnej knajpki, tym razem na obiad. Kuchnia wyśmienita, piwko jeszcze lepsze, a wszystko bardzo niedrogo.
Ponownie zmieniła się pogoda i mogliśmy pospacerować po mieście w słoneczku. Doszliśmy do jeziora, portu i wesołego miasteczka. Na ulicach i przy wybrzeżu zwracają uwagę ciekawe pomniki, będące na ogół bardzo interesującymi dziełami sztuki.
Trochę zmęczeni odwiedziliśmy jeszcze niemiecką piwiarnię i młodzieżową knajpkę. Piwko nadal smaczne, a naleśniki z kawiorem smakowały całkiem całkiem. W taki to przyjemny sposób dzień minął i trzeba było wracać na nocny pociąg do St.Petersburga. Udało mi się jeszcze zadzwonić do Petersburga w sprawie kwatery i tym razem bez pośpiechu zapakowaliśmy się do pociągu.

Restauracja w Petrozawocku Pomnik nad Onegą

28.08.03 czwartek
Dojechaliśmy w siodemkę rano do Petersburga - trzy dziewczyny zostały w Petrozawocku. Niestety po wykonaniu kolejnego telefonu okazało się, że nasza kwatera jest zajęta. Na szczęście dostaliśmy namiary na nową i za 1000 rubli wynajęliśmy mieszkanko na dwa dni. Nie było rewelacyjne, ale prawie wszyscy mieli łóżka, a pościel zmieniana była jeszcze przy nas. Co najważniejsze była łazienka z gorącą wodą. Trochę to trwało zanim zebraliśmy się zwiadzać miasto.
Dobrze, że metro działa tu bez zastrzeżeń i szybko można się przemieszczać z miejsca na miejsce. Z powodu nie najlepszej pogody zrezygnowaliśmy z wizyty w Peterhofie i pojechaliśmy zobaczyć Ermitaż. Kolejka do Zimowego Pałacu była spora, ale posuwała się w miarę szybko. Staliśmy niecałą godzinkę. Rozbieżności cenowe są w kasach ogromne. Bilet dla obcokrajowca kosztuje 320 rubli, dla Rosjanina 40 ale na szczęście studenci wchodzą za darmo. Korzystając z ISIC-a Gosi wszyscy po kolei podchodziliśmy do kasy zasłaniając dyskretnie zdjęcie. Później już nikt nie sprawdzał.
Zbiory dzieł sztuki są faktycznie ogromne i trzeba mieć zdrowie by to wszystko obejrzeć. Nawet bardzo zaciekawione Marta z Gosią wymiękły przed upływem planowanych przez nas 3 godzin zwiedzania. Staraliśmy się obejrzeć z grubsza większość ekspozycji. Krzysiowi najbardziej podobała się wystawa zbroi rycerskiej - głównie niemieckiej. Na mnie duże wrażenie zrobiły dalekowschodnie rzeźby. Malarstwo jakoś nie zachwyciło - nawet impresjoniści na ostatnim piętrze nie poruszyli mojej mało artystycznej duszy. Obejrzeliśmy na koniec pięknie zdobione sale - między innymi Salę Tronową i po 2,5 godzinach wyszliśmy na świeże powietrze. Jak na zamówienie poprawiła się pogoda.
Umówieni byliśmy na ulicy Ligowskiej z resztą ekipy. Postanowiliśmy zrobić sobie dłuższy spacer po Petersburgu. Po pokonaniu kilku kilometrów wśród pięknych kamienic i kanałów zgłodnieliśmy tak bardzo, że trzeba było szybko znaleźć knajpkę i tu pojawiły się problemy. Mieliśmy duże wymagania - przyjemny nastrój i jeszcze przyjemniejsze ceny. Skończyło się na tym drugim. Nastrój powiedzmy, że był przyzwoity. Gdy zebraliśmy całą naszą siódemkę udaliśmy się jeszcze na piwko i tak znów bardzo szybko minął nam dzień w Petersburgu. Pojechaliśmy jeszcze zobaczyć, zachwalaną w przewodniku z powodu swej urody, stację metra Aftowo, ale każdy już raczej myślał o spaniu niż o podziwianiu zdobień na ścianach.

Krzyś zdobywca Tęcza przed Ermitażem Plac przed Ermitażem
Spas - na - Krowi Herkules i hydra w Peterhofie Podróż w czasie

29.08.03 piątek
Ostatni dzień wycieczki. Pogoda znów na zamówienie piękna. Pojechaliśmy zatem bezpośrednim pociągiem do Peterhofu. Odnaleźliśmy bez problemu pałac z parkami. Z dworca jedzie tam kilka marszrutek - wystarczy zapytać. Park przed pałacem od ulicy można zobaczyć za darmo, ale by wejść do środka dużych parków, a potem do pałacu trzeba kupić bilet. Mnie bez problemów udało się powiedzieć w kasie "dwa" i dostałem bilet dla Rosjan za 40 rubli od głowy. Mam chyba rosyjski wyraz twarzy. Gosi niestety nie uwierzyli i kupiła studencki za 125 rubli. Paweł nie dał za wygraną ( normalny kosztował 250 rubli ) i po porażce w jednej kasie poszedł do drugiej i powiedział ładnie "adin". Na pytanie czy dla obcokrajowca stwierdził " Ja z Mińska". Kasjerka łyknęła.
Na zwiedzanie wnętrza pałacu nie było czasu - o 15 mieliśmy pociąg powrotny do Brześcia. Pospacerowaliśmy natomiast trochę po pięknych ogrodach. Fontanny przed pałacem, zwłaszcza ta z Herkulesem, robią wrażenie. Szkoda tylko, że tyle tu turystów. Można zrobić sobie zdjęcie z przebierańcami, posłuchać barokowej muzyki czy wreszcie uciec trochę dalej między drzewa, gdzie ludzi znacznie mniej.
Godzina odjazdu pociągu nieubłaganie zbliżała się i trzeba było wracać. Na gorący posiłek czasu brakło, ale zdążyliśmy zrobić zakupy na drogę. W pociągu niemiła niespodzianka. Po raz pierwszy w czasie wycieczki konduktor doczepił się do wieku Krzysia. O miesiąc za stary by jeździć darmo. Dobrze, że poprzednie 4 razy nikt nie miał takich problemów. Spaliśmy i tak razem, ale dodatkowy bilet u kierownika pociągu kupić musiałem - 240 rubli to na szczęście nie majątek.
Pograliśmy jeszcze w scrabble i poszliśmy spać na naszych bocznych pólkach. Nie było najwygodniej, ale zmieściłem się z synusiem i nawet wyspałem się na dolnej.

Spacer po Petersburgu Przed Peterhofem
Fontanny w Peterhofie z dołu .. i z góry

30.09.09 sobota
Za bardzo to nie ma tu co pisać. Może tylko o przejściach na granicy. Zdążyliśmy na szczęście szybko wymienić pieniądze i kupić bilety, ale opłaty ekologicznej nie udało się już załatwić. Trochę ciężko gadało się z celnikiem, który próbował wydoić od nas maksymalną łapówkę. Czepiał się nawet, że nasza registrancja na imigracyjnych karteczkach była do 26 września, a my wracamy 30. Na nic zdały się tłumaczenia, że pozostałe dni spędziliśmy w pociągu. Dostał w końcu około 6 USD i puścił nas dalej. Za opłatę ekologiczną trzeba byłoby dać w sumie 10. Zaraz z Pawłem odbiliśmy sobie wydaną kasę - przewieźliśmy handlarom wódeczkę i karton papierosów za 2 USD na głowę.
Dalej już tylko podróż pociągiem z postojem w Siedlcach na obiad i wieczorem byliśmy już w domku.

Piotr Bułacz


 

[Strona główna]

[Turcja] [Costa Brava] [Hiszpania] [Babia Góra] [Bieszczady] [Słowacja]

[Kreta] [Słowacki Raj] [Meiningen] [Węgry] [Lublin]

[Szklarska Poręba] [Babia Góra 2001] [Szwajcaria] [Wenecja] [Chorwacja] [Roztocze]

[Londyn] [Syria] [Ukraina] [Kraje Nadbałtyckie] [Słowacja] [Krym] [Rumunia] [Moskwa]

[Maroko] [Paryż] [Azerbejdżan Gruzja Armenia] [Rosja] [Praga]