Podróż do Syrii miała pierwotnie odbyć się w 2001 roku.
Tak umawiałem się z moim przyjacielem ze studiów Kasimem.
Mieliśmy się spotkać po 5 latach w jego ojczyźnie.
Rok opóźnienia to prawie jak kwadrans studencki biorąc pod
uwagę odległości.
Przygotowania do wyprawy rozpocząłem już wcześniej i
pierwotnie mieliśmy jechać w kwietniu, ale najpierw nasilenie
konfliktu w Izraelu, potem problemy rodzinne stawiały wycieczkę
pod wielkim znakiem zapytania. Wiele osób pukało się w głowę
pytając czy na pewno Syria to dobry cel wycieczki i to jeszcze z
dzieciakiem.
W końcu jednak zdecydowałem się na męską wyprawę na Bliski
Wschód. Zachęcony relacjami w internecie postanowiłem
podróżować przez Turcję. Decyzja o terminie zapadła z dnia
na dzień. Znalazłem na stronach L'turu ofertę
przelotu do Antalyi i wykorzystując szczeciński oddział biura
zakupiłem przelot w obie strony za jedyne 900 PLN. Tyle tylko,
że wylot był z ...Wiednia.
![]() |
![]() |
![]() |
11.05.02
Wyprawa zaczęła się nieciekawie. Wyjechaliśmy do Wiednia o 3
w nocy z dziadkiem Zbyszkiem i wujkiem Tomkiem, którzy
zdecydowali się nam pomóc odwożąc nas na lotnisko. Po
przejechaniu 100 kilometrów, koło Pszczyny przednie koło
Citroena zaczęło wpadać w dziwne wibracje. Próbowaliśmy
sprawdzić gdzie leży problem, ale usunięcie go było poza
zasięgiem naszych możliwości. Zadzwoniliśmy więc po dziadka
Jurka, który obudzony w nocy nie miał za bardzo ochoty, ale w
końcu zdecydował się nam pomóc. Podjechał do nas i
zamieniliśmy samochody. Całe szczęście, że człowiek nie
jest w życiu sam i ma do kogo zwrócić się o pomoc. Z naszego
zapasu czasowego nic nie zostało i musieliśmy pogonić trochę
autko by zdążyć na samolot.
Granica była pusta i po wykupieniu od razu na polskiej granicy
plakietek za 52PLN na autostrady czeskie i austriackie już o
11.15 byliśmy na lotnisku Wiedeń-Schwechat.
Żegnaliśmy się tak szybko, że zapomniałem dać dziadkowi
koron na paliwo oraz zabrać z samochodu ubezpieczenia
zdrowotnego. Miałem nadzieję, że i tak nie będzie potrzebne.
Zaskoczyło mnie przyjęcie dzieciaka na lotnisku. Najpierw
dostał śliczną maskotkę przy odprawie bagażu, potem całą
reklamówkę zabawek "na drogę" już w samolocie linii
Air Lauda. Mój 4 letni synek stwierdził: "Nie
spodziewałem się, że będzie tak fajnie"
Wylądowaliśmy o 16.30 miejscowego czasu ( przesunięcie o
godzinę ). Przy odprawie paszportowej opłata za wizę turecką
10 USD na głowę. Poza tym bez problemów i kontroli.
Nie szukając zbyt długo środku lokomocji za całe 15 USD
wzięliśmy taksówkę do miasta. Opłacało się. Taksówkarz
wiedział, ze o 16.30 odjeżdża bezpośredni autobus do Antakii.
Dogoniliśmy go już w drodze. Bilety kupiliśmy już w
autobusie. Koszt 15 milionów lirów tureckich tj. około 12 USD
na głowę. Po 16 godzinach podróży, którą moje dziecko
zniosło rewelacyjnie - albo spał, albo broił z sąsiadami,
dotarliśmy do Antakii o 8.30.
![]() |
![]() |
![]() |
12.05.02
Pierwotnie mieliśmy jechać autobusem do Aleppo, ale po
konsultacji telefonicznej z Kasimem okazało się, że jest
bezpośrednie połączenie z Damaszkiem. Za jedyne 8 milionów
lirów ( 6 USD ) kupiliśmy bilety i usadowiliśmy się w
autobusie. Tu zaczęły się problemy. Nie działała
klimatyzacja. Po dojechaniu do granicy ustawiliśmy się w
długiej kolejce, która pomimo upływu czasu nie zmniejszała
się. Na sali odpraw nas jako obcokrajowców załatwiono bardzo
szybko, ale tureccy handlarze przerzucali kupki paszportów z
miejsca na miejsce, bez żadnej kolejności próbując wcisnąć
urzędnikom zwitki syryjskich banknotów. Ci przyjmując
łapóweczki stemplowali te paszporty za które pieniądze
właśnie co dostali o poprzednich zapominając - kompletny
chaos. Dodatkowo, ale na całe dla nas szczęście, nasz autobus
zepsuł się. Okazało się jednak, że pierwszy w kolejce
autokar też jedzie do Damaszku ( miał działającą
klimatyzację ) i przepakowaliśmy się do niego ponownie
unikając jakiejkolwiek kontroli. Nauczyłem się już na granicy
gestu najczęściej używanego w ciągu dalszej podróży -
złączone pięć palców jednej ręki skierowane ku górze.
Wyraża on całą filozofię życia Arabów - nie spiesz się, na
wszystko jest czas. W sumie na granicy spędziliśmy około 3
godzin i tyle wyniosło nasze opóźnienie w Damaszku. Trochę
się wujek Kasim z kuzynami na nas wyczekał.
Już w trakcie podróży przemyślałem wcześniejsze plany
wyprawy i postanowiłem je znacznie zmodyfikować. 11 dni to
trochę za mało by zwiedzić 3 kraje, a biorąc dodatkowo pod
uwagę Krzysia zrezygnowałem z Jordanii.
Kasim najpierw zawiózł nas do swoich przyszłych teściów - od
niedawna jest zaręczony. Po krótkim poczęstunku mieliśmy
jeszcze okazję pogadać po polsku, gdyż przyszła szwagierka
Kasima Ela to Polka. Od niej nauczyłem się kolejnego zwyczaju -
kobieta w islamie nie podaje ręki obcemu mężczyźnie. Łatwo
popełnić jakąś gafę nie znając miejscowych zwyczajów.
Trochę już zmęczeni pojechaliśmy do Wafiden - 24 kilometry od
Damaszku, gdzie mieszka Kasim.
Jest to 20 tysięczne miasteczko zbudowane w miejscu byłego
obozu uchodźców przesiedlonych tu po zajęciu przez Izrael
Wzgórz Golan w wojnie sześciodniowej. Ludzie żyją tu bardzo
biednie, gdyż według podziału ludzi przedstawionego przez
Kasima należą do najniższej kategorii w Syrii. Wielu
mieszkańców Damaszku niesłusznie uważa ich za
Palestyńczyków nie mając pojęcia o historii własnego kraju.
Najważniejsze dla Krzysia, że Kasim miał telewizję
satelitarną gdzie mógł obejrzeć bajki po polsku.
![]() |
![]() |
![]() |
13.05.02
Okazało się, że Kasim już z grubsza zaplanował kilka dni
naszego pobytu w Syrii i nie tylko pomagał nam jako tłumacz,
ale zorganizował środki transportu na niektóre wycieczki.
Tego dnia pojechaliśmy najpierw do Maaluli, gdzie znajduje się
jeden z najstarszych kościołów chrześcijańskich - monastyr
św. Sergiusza i Bacchusa, pochodzący wg badań archeologicznych
drewnianych belek z IV wieku n.e. W obudowanym przez nowe mury
kościele cenne są zwłaszcza dwa ołtarze - jeden pochodzi
prawdopodobnie z III wieku p.n.e. i służył kiedyś do
składania krwawych ofiar zwierzęcych w czasie pogańskich
obrzędów. Cenne są również kilkusetletnie ikony.
Za monastyrem znajduje się wąwóz św.Tekli prowadzący do jej
kaplicy. Wg podań wąwóz powstał, gdy skały rozstąpiły się
po męczeńskiej śmierci świętej. Krzyś wspinał się po
skałach jak mały alpinista, aż do samej kaplicy ze świętym
źródłem.
Kolejna miejscowość przez nas odwiedzona to Seydnaya, gdzie
znajduje się monastyr Marii Dziewicy. Legenda mówi, że pewien
książe wybrał się na polowanie i w pogoni za koziołkiem
dotarł na wzgórze na którym koziołek przemienił się w
Marię. Nakazała ona księciu budowę w tym miejscu świątyni.
Pochodzący z VI wieku monastyr góruje nad miasteczkiem, ale
nowoczesne budownictwo przeszkadza nieco w odbiorze jego piękna.
Drogę powrotną Nidaa - przyszły szwagier Kasima - wybrał
przez góry, wąskimi drogami gdzie obżarliśmy całą
czereśnie z owoców ( w maju!!! ) i spotkaliśmy ludzi
transportujących towary na grzbiecie osiołka.
Dotarliśmy do Einl'Fijah, gdzie postanowiliśmy zjeść obiad. W
bardzo ładnie położonej nad rzeczką restauracji trudno było
o miejsce - wielu Syryjczyków przyjeżdża tu na obiady z
Damaszku. Teraz dopiero dowiedziałem się co to znaczy arabska
gościnność i uczta. Nie pamiętam kiedy tyle zjadłem, a
stół uginał się - jagnięcy kebab, baranie szaszłyki,
pieczone kawałki kurczaka, ciecierzyca z tokiną ( nie wiem co
to jest ale smaczne), sałatki z ogórków, pomidorów, ciastka z
białym serem czy wreszcie bakłażany pod różną postacią -
mielone, z pomidorami, pieczone. Ja uwielbiam zwłaszcza te
pieczone, które tu jednak trudno dostać w restauracji,
ponieważ są uważane za jedzenie gorszej kategorii. Nie
rozumiem dlaczego - zwłaszcza z kefirkiem smakują doskonale. Po
jedzeniu wodną fajkę - argilę próbował palić nawet Krzysio.
Wieczorem jeszcze obejrzeliśmy Damaszek nocą z góry Kassion,
która od północy góruje nad miastem. Całe rodziny
przyjeżdżają tu na pikniki zwłaszcza w nocy latem gdyż ze
względu na wysokość jest tu znacznie chłodniej niż w
Damaszku. Zobaczyłem też jak bardzo tryb życia różnie się
tu od naszego - nikogo nie dziwi widok maleńkich dzieciaków
biegających po ulicach do północy. Sklepy również otwarte
są do późna w nocy.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
14.05.02
Już wczoraj w nocy nieco popadało co lekko zdziwiło Kasima, a
tego ranka zdziwił się jeszcze bardziej gdy zobaczył bardzo
zachmurzone niebo. Później okazało się, że taka pogoda w
maju zdarzyła się po raz pierwszy od co najmniej 30 lat. Za
bardzo mnie to nie martwiło biorąc pod uwagę fakt, że tego
dnie była w planach wycieczka do Palmiry przez pustynię. Po
pokonaniu 300 kilometrów pogoda nie za bardzo się zmieniła i
do zwiedzania była rewelacyjna, trochę gorzej jeśli chodzi o
fotografowanie, ale cóż nie można mieć wszystkiego na raz.
Palmira, którą Arabowie nazywają Tadmur ma bardzo odległą
historię - około 4000 lat. Rozkwit miasta przypadł w czasach
rzymskich gdy wykorzystano jej położenie na szlakach
handlowych, ale również w tym okresie w III wieku n.e. po
próbie konfrontacji z Rzymem za panowania Zenobii miasto
zostało zniszczone. Mieszkało tu za czasów świetności około
200 000 mieszkańców.
Ruiny można zwiedzać pieszo albo na grzbiecie wielbłąda. My
skorzystaliśmy z tej drugiej opcji, tym bardziej, że Krzyś
miał obiecaną przejażdżkę na wielbłądzie jeszcze w Polsce.
Po krótkich targach zbiliśmy cenę z 700 na 300 tutejszych
funtów, które Syryjczycy nazywają lirami. ( 50 funtów to 1
USD ). Obejrzeliśmy Świątynię Baala, Pałac Zenobii, wieże
grobowe, amfiteatr, kolumnadę oraz łuk triumfalny. Największe
wrażenie robi wielkość miasta - obszar na którym znajdują
się ruiny jest ogromny.
W drodze powrotnej kolejna niespodzianka. Z powodu ulewnej burzy
przez pustynię płynęła wartkim strumieniem rzeka błota.
Czasami nawet mieliśmy trudności z przejechaniem z powodu
naniesionych przez wodę na drogę kamieni. Kasim twierdził, że
nie słyszał jeszcze o takim zjawisku.
Wieczorem ponownie odczuliśmy różnicę w sposobie życia w
Syrii. Co chwilę zaglądali jacyś goście na herbatę,
zamienić kilka słów, podyskutować na różne tematy, o swoich
problemach. To tutaj normalne do późnych godzin nocnych. Był
nawet imam (tutejszy kapłan) porozmawiać o naszej i
muzułmańskiej wierze. W Polsce chadzam spać bardzo wcześnie,
tutaj powoli się zacząłem przyzwyczajać do zasypiana o 3, a
nawet 4 rano.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
15.05.02
Konsekwencją nocnego trybu życia jest odsypianie do południa.
Zwiedzać Damaszek wybraliśmy się zatem około 12.00. O ile
samochody są tutaj tak drogie, że mało kogo na nie stać (
nowy samochód najmniejszej klasy kosztuje około 24 000 USD ),
to transport minibusami, autobusami a nawet taksówkami jest
bardzo tani. Za przejazd do Damaszku - około 24 km
zapłaciliśmy 5 funtów syryjskich ( 40 groszy polskich ).
Najpierw od cytadeli poszliśmy do suku - zadaszonego targowiska
pełnego handlujących i kupujących, który zaprowadził nas do
meczetu Umajjadów. Najpierw odwiedziliśmy Mauzoleum Salladyna -
tu spoczywa jeden z najwybitniejszych wodzów muzułmańskich.
Później po zakupieniu biletu za 50 funtów, oczywiście na
boso, weszliśmy na główny dziedziniec meczetu. Pochodzący z
VIII wieku meczet nie zrobił na mnie aż tak wielkiego
wrażenia. Może dlatego, że porównywałem go do Błękitnego
Meczetu w Stambule. Oczywiście 3 minarety oraz studnie do
rytualnych ablucji zwłaszcza na tle błękitnego nieba robią
wrażenie i można tu również delektować się orientalną
architekturą. Włócząc się po uliczkach Damaszku, paląc
fajkę, pijąc herbatkę ani spostrzegliśmy się a zrobiło się
późno. Po herbatce wieczornej pojechaliśmy razem z Nidaa i
jego dzieciakami do wiejskiej willi na południe od Damaszku, by
mieć bliżej rano do Bosry.
![]() |
![]() |
![]() |
16.05.02
Ponieważ z powodu niepokojów w Izraelu nie mogliśmy odwiedzić
rodzinnej miejscowości Kasima Qunajtry pojechaliśmy na
południe Syrii do Izry oraz do Bosry.
Izra to miasteczko, w którym mieszka sporo chrześcijan.
Znajdują się tu kościoły również zaliczane do najstarszych
na świecie. Obydwa kościoły pochodzą z III-IV wieku, a jeden
z nich został zbudowany na ruinach pogańskiej świątyni
pochodzącej podobno sprzed 3 500 lat. Tradycyjnie mili i
gościnni Syryjczycy - okazuje się że niezależnie od wyznania
- oprowadzili nas po świątyniach i poczęstowali kawą
syryjską z kardamonem, którą pije się w niewielkiej ilości i
wszyscy z jednej filiżanki. Wymieniliśmy nawet telefony co
miało okazać się przydatne w przyszłości.
Kolejnym etapem podróży była Bosra. Miasteczko to słynie z
bazaltowych ruin z bardzo różnych okresów historii. Na
zwiedzanie Bosry, gdzie wśród ruin normalnie mieszkają ludzie,
wybraliśmy się bryczką. Najpierw podjechaliśmy do bramy
Nabatejczyków. Później podjechaliśmy do świątyni mnicha
Buheira, który jako pierwszy rozpoznał w Mahomecie wielkiego
proroka po gołębiu na skórze jego barku. Ostrzegł on ojca
islamu przed czyhającym niebezpieczeństwem i polecił wracać
do Mekki.
Kolejnym miejscem związanym z islamem jest meczet Mabrak An Naka
zbudowany w miejscu, gdzie odpoczywał wielbłąd proroka. Meczet
ma około 900 lat. Tu podziwialiśmy kamienne drzwi, które
pomimo tego że ważą około tony przy stosunkowo niewielkim
wysiłku były zamykane przez 3 małych dzieciaków. Drzwi są
bardzo niskie - prawdopodobnie dlatego by wchodzący musiał
oddać pokłon Allahowi.
Rzymskimi pozostałościami są targ oraz kolumny, na których wg
podań znajdowało się łoże córki cesarza Trajana. Leżała
ona na wysokości 16 metrów z powodu przepowiedni mówiącej,
że umrze młodo po ukąszeniu przez skorpiona. Na nic zdały
się kolumny, skorpion schował się w winogronach i
przepowiednia wypełniła się.
Największym jednak zabytkiem Bosry jest rzymski amfiteatr
umieszczony wewnątrz cytadeli. Bilety jak do wszystkich muzeów
w Syrii dla obcokrajowców bardzo drogie - 300 funtów. Nam
jednak udało się - wujek Nidaa to jakaś szycha w Bosrze i po
jego interwencji wpuszczono nas bez biletów. Teatr jest ogromny
( na 15 000 ludzi ) i co najważniejsze bardzo dobrze zachowany.
Dzieciaki miały straszną radochę biegając po schodach w
górę i w dół. Również katakumby są tutaj bardzo rozległe
- warto zabrać latarkę.
Jadąc z powrotem do Damaszku rzucają się w oczy niedokończone
domy. Praktycznie każdy dom w Syrii ma na swym płaskim dachu
sterczące w górę słupy ze zbrojeniami, zapowiadające, że
kiedyś budowa będzie kontynuowana. Jeśli finanse pozwolą.
![]() |
![]() |
17.05.2002
Postanowiliśmy dać odpocząć naszym gospodarzom i kolejne dwa
dni spędzić samotnie w Libanie. Obudziliśmy się bardzo
wcześnie i pojechaliśmy na dworzec autobusowy, z którego
odjeżdżały autobusy do Libanu. W Damaszku jest kilka dworców,
każdy w ściśle określonym kierunku i niestety wszystkie
dosyć daleko od centrum - podobnie jest w każdym większym
mieście syryjskim. Za 175 funtów syryjskich kupiliśmy bilet do
Bejrutu i dość szybko dojechaliśmy do granicy. Tu dość
szybko załatwiliśmy wizy tranzytowe na 48 godzin - za dłuższy
pobyt trzeba sporo płacić, a tranzytowa jest darmowa. Nie wiem
czy Polki miałyby problemy z wizą, o których czytałem w
Polsce, ale jadące z nami Nowozelandki dostały wizy bez
najmniejszych problemów.
W Bejrucie byliśmy około południa i od razu obskoczyli nas
taksówkarze oferujący swe usługi. Gdy powiedziałem dokąd
chcę jechać usłyszałem kwotę 60 USD, co było dla mnie sumą
nie do przyjęcia. Chciałem zatem podjechać do informacji
turystycznej, ale w trakcie rozmowy z taksówkarzem po drodze
doszedł on do wniosku, że dla Polaków ma super ofertę i
spędzi z nami resztę dnia za 20 USD. Był przed 20 laty w
Polsce i urzekły go polskie dziewczyny. Zatem dzięki urodzie
naszych rodaczek za dość rozsądną kwotę mieliśmy zapewniony
transport.
Najpierw "zwiedziliśmy" przez okna taksówki Bejrut.
Aż trudno uwierzyć, że miasto przed 10 laty było całkowicie
zniszczone. Teraz można je porównywać do dużych metropolii
europejskich - ogromne wieżowce, doskonałe trasy. Zresztą
zaraz po przekroczeniu granicy libańsko - syryjskiej
wjechaliśmy w inny świat. Może to nie zabrzmi najlepiej, ale
dla mnie była to granica Europy i Azji. Bejrut różni od wielu
stolic jedynie fakt, że bardzo dużo tu uzbrojonych wojskowych
posterunków i kontroli. Podobno dla lepszego samopoczucia
turystów.
Opuściliśmy Bejrut dość szybko i przez Dżunję- najbogatsze
miast w Libanie pojechaliśmy do Byblos. Tu najpierw poszliśmy
wykąpać się w turkusowym morzu na pięknej plaży. Krzyś nie
chciał się pluskać i wolał bawić się kamieniami. Ja
natomiast po raz pierwszy tego roku miałem okazję popływać.
Nikomu nie przeszkadza tu dowolny ubiór. Spódniczki mini,
krótkie spodnie, odkryte twarze kobiet to norma.
Następnie udaliśmy się zwiedzać ruiny podobno najstarszego
miasta na świecie, gdzie miałoby powstać najstarsze pismo.
Wstęp na teren ruin 4 USD. Zwiedzałem twierdzę krzyżowców i
wykopaliska z wcześniejszych okresów - rzymską kolumnadę,
teatr, groby królewskie z Krzysiem na plecach. Tuż obok ruin
podziwialiśmy piękny kościół romański Św. Jana
Chrzciciela.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Mieliśmy zamiar jechać do Trypolisu i tam przenocować, by
potem przez góry wracać przez Baalbek do Damaszku. Kierowca
jednak odradzał mi takie rozwiązanie ponieważ w piątek,
dzień wolny w krajach arabskich meczety z których słynie
Trypolis są zamknięte, a droga przez góry podobno jeszcze nie
był przejezdna po zimie. Czy tak było w rzeczywistości, czy
taksówkarz chciał przyoszczędzić kilometrów nie dowiem się
nigdy. Fakt faktem, że przekonał mnie i wyruszyliśmy w drogę
powrotną do Bejrutu. Po drodze jednak wstąpiliśmy do jaskiń
Jeitta. Warto wydać 12 USD za bilet. Uprawnia on do
przejażdżki kolejką linową, ciuchcią, zwiedzania górnej
jaskini i rejsu łódką po dolnej jaskini. Byłem już w wielu
jaskiniach, zwłaszcza na Słowacji, ale czegoś takiego nie
widziałem. Niesamowita ilość stalagmitów i stalaktytów oraz
ogrom jaskini robią niezapomniane wrażenie. Jaskinia ma moim
zdaniem kilkadziesiąt metrów wysokości, a wrażenie potęguje
doskonałe oświetlenie stwarzające nastrój tajemniczości.
Szkoda tylko, że nie wolno fotografować wewnątrz jaskiń.
Po tych wrażeniach podziemnych pojechaliśmy szukać noclegu w
Bejrucie. Taksówkarz podwiózł nas do hotelu Valery, gdzie
było już dość ciasno, ale udało się nam dostać pokoik za 5
USD. Jaka cena taki komfort. Nie mieliśmy swojej łazienki, ale
to tylko jedna noc pomyślałem. Krzyś stwierdził wprawdzie,
że hotel dziadowski, ale było przynajmniej czysto. Wieczorem
jeszcze wybraliśmy się na dłuższą wycieczkę nadmorskim
deptakiem, gdzie poznaliśmy przemiłych Libańczyków, z
którymi Krzysio bawił się a ja dyskutowałem przez ponad 2
godziny. Ludzie uwielbiają tu rozmawiać z innymi.
![]() |
![]() |
![]() |
18.05.02
Wyjechaliśmy z Bejrutu bardzo wcześnie. Chcieliśmy jeszcze
wcześniej, ale na dworcu Cola musieliśmy czekać prawie
godzinkę, aż mikrobus do Baalbeku napełni się pasażerami.
Bilety niedrogie - 2 USD. Podróż trwała dość długo,
ponieważ przy pokonywaniu przełęczy widoczność z powodu
mgły spadła do zera. W Baalbeku po chmurach, które zasnuwały
całe niebo w Bejrucie nie było już śladu - piękna,
słoneczna pogoda. 8 USD za wstęp i już zwiedzaliśmy
pozostałości po świątyni Jupitera, ponoć największej z
rzymskich świątyń. Ocalałe kolumny wysokie na 20 metrów
dają wyobrażenie o rozmiarach budowli. W stojącej obok,
znacznie lepiej zachowanej świątyni Bacchusa znajduje się
muzeum, gdzie dowiedzieć się można o miastach zmarłych w
starożytnym Rzymie oraz o historii Baalbeku, zwłaszcza za
panowania Arabów. Przybyli oni tu w VII wieku i na miejscu
bizantyjskiej świątyni zbudowali twierdzę, która miała
bardzo duże znaczenie w wojnach z krzyżowcami.
Promocja turystyki w Libanie zdaje egzamin. Liczne zabytki są
odwiedzane zarówno przez duże grupy turystów zagranicznych jak
i przez samych Libańczyków.
Powrót do Damaszku odbył się na raty. Najpierw mikrobus do
Chtoury za niecałego dolara. Po drodze zdziwił mnie nieco widok
czołgów stojących na dużym skrzyżowaniu. Ale to podobno
władze dmuchają na zimne. W Chtourze znów tłum naganiaczy i
taksówkarzy łapiących na ulicy pasażerów. Za 4 USD
wcisnęliśmy się do taksówki razem z 4 innymi pasażerami -
nie ma pustych przejazdów. Kasim zdziwił się, że wróciliśmy
tak wcześnie, ale po krótkim odpoczynku i obiadku zamiast
położyć się spać wyruszyliśmy na miasto odwiedzać
znajomych - była 22.00. Poznaliśmy najważniejsze osoby w
Wafiden - tutejszego szefa miasteczka, który poczęstował nas
herbatką i opowiedział o swoich studiach w Chinach oraz imama,
który przyjął nas serdecznie w pokoju gościnnym na materacach
leżących na ziemi - całkiem wygodnie. Krzyś zasnął sobie na
moich kolanach i nie obudził się już aż do rana pomimo iż
wróciliśmy z nim śpiącym do domu Kasima.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
19.05.02.
W niedzielę postanowiliśmy trochę poleniuchować. Zwiedzanie
ograniczyliśmy do minimum. Poszliśmy do Pałacu Azima w
Damaszku. Wstęp dla obcokrajowców jak do każdego muzeum w
Syrii 300 funtów ( 6 USD ). Pomimo dość interesujących form
architektonicznych ogólne wrażenie psuła jakaś scena
ustawiona na dziedzińcu, a nawet Kasim stwierdził, że zbiory
zebrane tu przed 250 laty rozczarowały go.
Zjedliśmy lody w lodziarni w starym suku - strasznie tłoczno,
ale lody niezłe i pojechaliśmy do Parku Październikowego - tak
nazwę przetłumaczył Kasim. Tu akurat odbywała się
międzynarodowa wystawa kwiatów i pomimo pory sjesty - nikt
oprócz nas nie zwiedzał - oglądaliśmy ekspozycję z wielu
krajów i różnych regionów Syrii.
Na obiad byliśmy zaproszeni do przyszłych teściów Kasima.
Ilość przygotowanego jedzenia zszokowała mnie. Smakował
wszystkim doskonale i objedliśmy się za bardzo, jak codziennie
na tej wyprawie. Poznaliśmy też przyszłą żonę mojego
przyjaciela - bardzo skromną osobę, z którą mam nadzieję
stworzą szczęśliwą rodzinę pomimo tego, że prawie się nie
znają. Cóż takie zwyczaje w krajach arabskich.
![]() |
![]() |
![]() |
20.05.02
Zamiast od razu wyjechać na północ Syrii, pojechaliśmy
jeszcze do Muzeum Narodowego w Damaszku. Na podwórzu masa
fragmentów rzeźb, płaskorzeźb oraz innych elementów starych
budowli. Wewnątrz najpierw obejrzeliśmy wykopaliska z czasów
początków osadnictwa na terenach aktualnej Syrii, potem bardzo
ciekawe pozostałości kultury bizantyjskiej oraz początków
islamu oraz w końcu grobowiec z Palmiry z przepięknymi
płaskorzeźbami.
Wyjechaliśmy do Safity bardzo późno - o 13.15. Podróż
trwała 3,5 godziny i wysiadając spotkaliśmy człowieka, z
którym Kasim umówił się przez telefon. Adnan Churi był
chrześcijaninem spotkanym przez nas podczas wycieczki na
południe w Izrze. Pomimo późnej pory zdecydowaliśmy sie
jeszcze na wycieczkę do Krak de Chavaliers. Po arabsku zamek
nazywa się Qala'at al Hosn czyli zamek koni. Jest to jeden z
największych zamków z czasów średniowiecznych zachowanych do
dziś i pół godzinki, które mieliśmy na zwiedzanie pozwoliło
nam tylko odrobinę pobłądzić po licznych komnatach i
wieżach. Zamek nigdy nie był zdobyty. Krzyżowcy poddali go,
gdy nie mieli już szans na odsiecz za obietnicę ujścia z
życiem.
W drodze powrotnej do Safity zwiedziliśmy jeszcze prawosławny
kościół św. Jerzego, gdzie nowy kościół stoi na starym,
datowanym na VI wiek. Bardzo interesujące są zwłaszcza
drewniane zdobienia ikonostasu z XIX wieku w obu kościołach.
Po kolacji udaliśmy się na nocleg do Adnana i mieliśmy okazję
poznać zwyczaje i poglądy mieszkających w muzułmańskim kraju
chrześcijan. Żyją tu zarówno katolicy, jak i prawosławni nie
mając najmniejszych kłopotów z muzułmanami. Kasim był
zdziwiony urodą tutejszych dziewcząt, tym bardziej że nie
zasłaniają one głów. Ja żartowałem, że to Krzyżowcy
zostawili trochę genów i ta mieszanka dała tak śliczne
efekty.
![]() |
![]() |
![]() |
21.05.02
Po bardzo wczesnej pobudce tradycyjne arabskie śniadanie -
oliwki, ser, jajka sadzone oraz arabski chleb, który przypomina
naleśniki z wyglądu, ale smakuje doskonale.
Pierwszy punkt wycieczki to wieża w Saficie, będąca
pozostałością po zamku Krzyżowców. Na parterze znajduje się
kościół, gdzie odbywają się nadal nabożeństwa, piętro
wyżej zaniedbana, niewykorzystana sala i wreszcie weszliśmy na
dach, skąd podziwialiśmy widok na całe miasteczko. Obok wieży
restauracja z wystrojem jak w beduińskim namiocie - z wszystkimi
przyrządami do tradycyjnego parzenia kawy.
Następnie wyruszyliśmy na wycieczkę w góry, aby zobaczyć
Hosn Suleyman - w dowolnym tłumaczeniu świątynię Salomona. To
bardzo tajemnicze miejsce położone nieco na uboczu wydaje się
być zapomniane przez turystów i przez władze. Świątynia
wygląda imponująco, a zwłaszcza mury otaczające dziedziniec z
bramami z każdej strony. Bloki skalne są tak wielkie, że jak
powiedział Adnan z jednego kamienia można zbudować całkiem
spory dom. W środku stoją resztki jakiejś świątyni, ale nie
za bardzo jest gdzie dowiedzieć się więcej o tym miejscu.
Jadąc dalej docieramy do miejsca, gdzie według przekazów
znajduje się grobowiec proroka Mateusza. Zamknięty w lepiance
grób o długości 6 metrów przykryty jest zielonym suknem -
widać, że ktoś zajmuje się jego pielęgnowaniem . Dalej
jedziemy do Tartusu, gdzie mieliśmy się rozstać z Adnanem. Tu
Kasim nieco rozczarowuje się. Mówił dużo o arabskiej
gościnności, a za wynajęcie busa musieliśmy zapłacić 1800
funtów. Myślę, że to niezły interes dla gościnnego Adnana.
Ale nie żałujemy - warto było
Kolejny punkt programu to rejs na Arwad - wysepkę w pobliżu
Tartusu. Za jedyne 20 funtów od osoby w obie strony płyniemy na
wyspę. Półgodzinny rejs to niezła atrakcja dla Krzysia,
który był zachwycony. W trakcie krótkiego spaceru po bardzo
ciasnych uliczkach wyspy biegał za nami tłum miejscowych
dzieciaków. Nie mogły się napatrzeć na mojego kochanego
blondynka.
Popołudnie spędzamy na pustej plaży w Banyas - dla
Syryjczyków woda za zimna, dla nas akurat. Nawet Krzyś szaleje
wśród fal i na plaży. Nie myślałem, że będzie miał taką
frajdę.
Przed nami jeszcze bardzo długa podróż. Musieliśmy dojechać
do kolegi Kasima w Einl'kroum. Cała masa przesiadek i w końcu
dojechaliśmy w środku nocy. Kasim doznał szoku. Chciał się
wykąpać, wyprasować ubranie. Okazało się, że dwóch
młodych inżynierów mieszka z samotną matką w warunkach,
które nawet jak na Syrię były poniżej jakiejkolwiek kategorii
- wg klasyfikacji Kasima. Jeden pokoik, w którym jedyny mebel to
łóżko, ubikacja bez bieżącej wody, a łazienka to kran na
podwórzu. Na szczęście nie przeszkadzało nam to zbytnio i po
krótkim nocnym spacerku położyliśmy się spać. Spało się
rewelacyjnie - nie zawsze komfort jest najważniejszy.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
22.05.02
Obudziliśmy się bardzo wcześnie - około 6.00. Wynajęliśmy
ponownie cały minibus i przez As'queilbiyeh pojechaliśmy do
Apamei. Kierowca za bardzo nie orientował się gdzie mogą być
ruiny, ale po konsultacjach z przechodniami dotarliśmy. Kolejne
zdziwienie - mała budka przy drodze, na szczęście pusta -
zaoszczędzone 330 funtów, a po obu stronach drogi ogromne
kolumny będące pozostałością po 500-tysięcznym kiedyś
mieście ciągnące się prawie po horyzont. Przy wspaniałym
słoneczku kolumnada z piaskowca prezentowała się rewelacyjnie.
Okazało się, że wstęp jest płatny od 9.00. My wtedy byliśmy
już po półtoragodzinnym spacerku wśród pozostałości
rzymskiej cywilizacji. Skierowaliśmy się ku dawnemu
średniowiecznemu zamkowi, który aktualnie jest wioską na
wzgórzu, ale po drodze pytając o połączenia autobusowe,
zostaliśmy zaproszeni na syryjskie śniadanko. Jajecznica, ser,
oliwki i syryjski chleb. Smakowało - byliśmy już głodni.
Obejrzeliśmy także znalezione na polu rzymskie monety, figurki,
a nawet w ramach wdzięczności kupiłem 2 figurki podobno z
czasów przed Chrystusem. Czy naprawdę pochodzą z tego okresu?
Kto to wie? Na pewno będą interesującą pamiątką, załóżmy
że również zabytkową :)).
Kolejnym etapem podróży miała być Hama, ale ponieważ
Krzysiowi tak bardzo podobało się nad morzem pojechaliśmy do
Latakii. Tu od razu skierowaliśmy się do hotelu an Nour
polecanego przez taksówkarza i zapłaciliśmy 13 USD za bardzo
przytulną dwójkę z łazienką ze śniadaniem w cenie. Na
szczęście pogoda sprzyjała nam i popołudnie spędziliśmy na
plaży - synka na siłę musiałem wyciągać z wody na brzeg. Z
plaży pojechaliśmy jeszcze do Ugaritu, ale po rzucie oka na
resztki ruin, w których znaleziono jedne z najstarszych
fragmentów pisma oceniliśmy, że nie warto wydawać 330 funtów
i wróciliśmy do Latakii. Restauracja Oscar w centrum okazała
się być dość wysokiej kategorii, z wyśmienitym jedzeniem, a
ku naszemu zdziwieniu niedroga.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
23.05.02
Po hotelowym śniadanku podjechaliśmy taksówką za 25 funtów
na dworzec autobusowy. W Latakii wszystkie taksówki podobno tyle
kosztują i to niezależnie ile kilometrów w mieście jeździmy.
Po procedurze zakupu biletu ( potrzebne były nawet imiona
rodziców do wypełnienia formularzy ) wyruszyliśmy
klimatyzowanym autobusem do Aleppo, drugiego co do wielkości
miasta Syrii, gdzie dojechaliśmy po 3,5 godzinach. Po
dłuższych poszukiwaniach hotelu, nie znajdując odpowiedniego
standardu za niewielką cenę, zdecydowaliśmy się na dość
luksusowy hotel Ambasador - 20 USD za klimatyzowany pokój z
łazienką. Po krótkim odpoczynku przyszedł czas na zwiedzanie.
Przez jeden ze słynniejszych syryjskich suków, bardzo
zatłoczony, dotarliśmy do cytadeli na wzgórzu górującym nad
miastem. Już sama brama i most nad fosą rzuca na kolana.
Wewnątrz trwają intensywne prace renowatorskie, a ich efekt to
odnowiona już sala gościnna z przepięknymi sufitami. Widok na
miasto z murów również wart jest wysiłku. Mieliśmy akurat
szczęście i w trakcie pobytu w cytadeli ze wszystkich
minaretów w mieście ( a jest tu chyba ponad 100 meczetów )
rozbrzmiały wezwania do modlitwy - niesamowity kanon. Kasim,
niezbyt doświadczony turysta prawie płakał ze zmęczenia i
chyba ucieszył się, gdy okazało się, że nie idziemy do
wielkiego meczetu, gdyż jest on remontowany. Wstąpiliśmy
jeszcze raz na targ, gdzie w końcu Krzyś kupił szukaną w
każdych ruinach, które zwiedzaliśmy lampę Alladyna. Pocierał
co sił, ale musieliśmy mu wytłumaczyć, że dżin z lampy
wybrał się właśnie na wakacje.
Wieczór spedziliśmy w rewelacyjnej restauracji Al-Koummeh.
Chcieliśmy zjeść jakieś dania z syryjskiej kuchni i
przechodnie polecili nam właśnie ten rewelacyjny lokal.
Zamówiliśmy niesamowite ilości żarcia, prawie wszystko co
przemiły kelner polecał. Dużo czasu zajęło nam zjedzenie z
suto zastawionego stołu. Za wszystko zapłaciliśmy jedynie 550
funtów.
![]() |
![]() |
![]() |
24.05.02
Autobus do Turcji odjeżdżał planowo o 11.00. Kupiłem bilet do
Antakii za 4 USD i razem z Kasimem poszliśmy jeszcze zwiedzać
Aleppo. Blisko z hotelu mieliśmy do ogromnego parku, gdzie
rewelacyjną atrakcją dla Krzysia były liczne fontanny. Po
dłuższej sesji filmowo - zdjęciowej ponownie na siłę
musiałem odciągać dzieciaka od wody. Kasim zakupił nam
jeszcze smacznych słodyczy na drogę. Przechadzając się po
ulicach Aleppo doznałem lekkiego szoku obserwując proces
studzenia świeżo upieczonego chleba syryjskiego zwanego przeze
mnie naleśnikami. Były one po prostu rozrzucane na ......
chodniku, skąd zbierano je już wystudzone i tak trafiały już
na domowe stoły, a chodnik dalej spełniał rolę dla której
został położony. Nie wiem czy dlatego, że piątek jest dniem
wolnym od pracy, czy z innych powodów my czekaliśmy, a miła
pani w biurze co pół godziny mówiła, że dopiero za pół
godziny pojawi się nasz środek transportu. Podjechał w końcu
o godzinie 12.30. Jakiś chyba zastępczy - bez klimatyzacji i
pełen tureckich handlarzy z niewiarygodną ilością tobołków.
Granica przebiegła bez problemów, ale musiałem się nieco
nabiegać by uzyskać turecką wizę. Po raz kolejny
uniknęliśmy kontroli bagażu - gdy ja załatwiałem wizę
kontrolowali autokar, a później po prostu zabrałem plecak z
podestu i pobiegłem za prawie odjeżdżającym autobusem. W
Antakii byliśmy o 16.00 i od razu dorwał mnie naganiacz
oferujący przejazd do Antalyi. Okazało się, że nie musimy
się spieszyć bo luksusowy, ekspresowy autobus firmy Gunsas
odjeżdżał o 18.00 i pomimo tej samej ceny - około 11 USD
jedzie 2 godziny krócej niż zwykły. Posłuchałem rady Kasima
i kupiłem tylko jeden bilet licząc, że będzie dużo wolnych
miejsc. Niestety przeliczyłem się, wszystkie były zajęte i
Krzyś spędził 15 godzin u taty na kolanach. Na szczęście nie
przeszkadzało mu to i prawie całą drogę smacznie spał. W
nagrodę trafił mi się ciekawy sąsiad - Niemiec, z którym
całą drogę dyskutowaliśmy - wreszcie miałem okazję
poćwiczyć mój niemiecki.
![]() |
![]() |
25.05.06
Mieliśmy jeszcze przed sobą cały dzień wczasów na Tureckiej
Riwierze - nasz samolot odlatywał po północy. Największy
problem miałem przestawić się na tureckie miliony. 1 USD to
około 1 400 000 tureckich lirów. Z dworca autobusowego za 500
tysięcy lirów pojechaliśmy autobusem do centrum. Tu nie
miałem zamiaru długo szukać i dość szybko znaleźliśmy
pensjonat Bacchus z pięknym widokiem na zatokę za 15 milionów.
Zważywszy, że nie miałem zamiaru spędzić tu nawet jednej
nocy było to dość drogo. Po śniadanku, kąpieli wybraliśmy
się na plażę i zwiedzanie miasteczka. Na przepięknie
położoną, ale kamienistą plaże dojeżdża się z centrum
tramwajem kursującym co pół godziny. Bilet tramwajowy - 400
tys. lirów. Woda była nieco chłodniejsza niż w Syrii, ale dla
Krzysia problemem okazały się dość duże fale i po krótkiej
kąpieli stwierdził, że ja mogę pływać dalej a on się
poopala. Zmęczeni słońcem wróciliśmy do miasta na obiadek i
pospacerowaliśmy po uliczkach wśród licznych tu pensjonatów
aż do nadmorskiej wieży.
Musiałem jeszcze znaleźć środek transportu na wieczór. W
Antalyi bowiem nie ma połączenia autobusowego z miasta na
lotnisko. Może to śmieszne, ale przejazd 900 kilometrów przez
Turcję kosztował 11 USD, a za 20 kilometrów na lotnisko
taksówkarz wziął 12 i to po długich targach.
Zmęczeni i szczęśliwi wsiadaliśmy do samolotu. Krzyś
oczywiście już dawno spał i razem z bagażami nosiłem go po
lotnisku. Obudził się na chwilę w Wiedniu, gdzie czekali już
na nas dziadek Zbyszek z Tomkiem. W domu byliśmy na wczesne
śniadanko.
[Turcja] [Costa Brava] [Hiszpania] [Babia Góra] [Bieszczady] [Słowacja]
[Kreta] [Słowacki Raj] [Meiningen] [Węgry] [Lublin]
[Szklarska Poręba] [Babia Góra 2001] [Szwajcaria] [Wenecja] [Chorwacja] [Roztocze]
[Londyn] [Syria] [Ukraina] [Kraje Nadbałtyckie] [Słowacja] [Krym] [Rumunia] [Moskwa]
[Maroko] [Paryż] [Azerbejdżan Gruzja Armenia]